wtorek, grudnia 27, 2011

poniedziałek, grudnia 19, 2011

środa, grudnia 14, 2011

wzorcowy przykład upadku z wysokiego konia

wysoki koń = Antony Hegarty i jego twórczość
upadek = spektakl Jesteś moją siostrą na Novej Scenie teatru Roma w reżyserii Dariusza Siastacza i w wykonaniu braci Piotra i Pawła Kamińskich, którzy próbują śpiewać (i niestety nie tylko) przearanżowane piosenki Antony'ego z przetłumaczonymi przez Daniela Wyszogrodzkiego tekstami.

Skupmy się najpierw na piosenkach. Czy one w ogóle mają szansę obronić się bez Antony'ego - bez jego głosu i charyzmy? Wierze że tak, bo to w większości dobrze skomponowane kawałki, ale ten spektakl na pewno tego nie pokazuje. Przy całym szacunku dla występujących - poziom muzyczno-wokalny był mizerny w porywach do poprawnego, co przy znanym perfekcjonizmie Antony'ego nie mogło dać dobrego rezultatu. Musicalowe emploi wbrew pozorom nie pomogło aktorom w wiarygodnym przekazaniu tego, co w tych piosenkach jest, tego, co z tych piosenek się wylewa - czyli pewnej gamy specyficznych emocji. Siła tych emocji jest miejscami na tyle duża, że pomimo słabego ich przekazu, one i tak się ujawniają kierując myśli ku oryginalnym wykonaniom piosenek. Precyzyjnie nudnawe i bezbarwne głosy z manierą czystości wymowy każdej zgłoski przechodzące bardzo często w krzyk nie przekonały chyba nikogo. 
Najlepiej wypadła piosenka Twilight, która jako chyba jedyna tak wiernie imitowała oryginalne wykonanie - śpiewający ją jeden z braci odnalazl nawet w swoim głosie namiastkę wibrato co było w równym stopniu zaskakujące, co porządane. 

Tyle o muzyce, gdzie od biedy jeszcze jakieś plusy ujemne dałoby się znaleźć jak chociażby pomysłowe wykorzystanie akordeonu. Pozamuzycznie jest już tylko słabo. Kwadratowe i niewykończone ruchy dwójki aktorów miotających się po zdecydowanie za małej na miotanie się scenie, są kompletnie niezrozumiałe, nawet jak się przeczyta, że inspiracją był tu japoński taniec butoh. Chyba można było sobie darować cały ten "teatr" i skupić się na wykonaniu samych piosenek. Pozwoliłoby to na dopracowanie tych wykonań a w niektórych przypadkach na zauważenie, że może niektóre aranżacje nie są jednak do końca trafione.
 

I wreszcie ostatnia uwaga. Cały spektakl sprawia wrażenie niskobudżetowego i to w zdecydowanie złym tego słowa znaczeniu. Koronnym na to dowodem jest postać pani grającej na oboju, która przez cały spektakl zmaga sie na swojej małej półce, gdzie ją posadzono (wszystkie trzy panie instrumentalistki zostałe posadzone na półkach i ucharakteryzowane na harajuku girls), i kazano poza grą na oboju, potrząsać tamburyn, stukać pałeczkami i uderzać w gong. W efekcie niektóre z tych instrumentów odzywaja sie w momentach, w których powinny milczeć.
 
Wszystko to sprowadza się do wniosku, że powiedzenie "jak już spadać, to z wysokiego konia" nie zawsze ma zastosowanie, bo upadek nawet z wysokiego konia można jednak jakoś wcześniej poćwiczyć.

A wysoki koń wygląda tak:


 



wtorek, grudnia 06, 2011

the fount of hues





Greece (Athens and Pireus) 01-04/XII/2011

wtorek, listopada 29, 2011

Jelinek (nie) mówi

Czekałem na ten spektakl z niecierpliwością. Po świetnym Śmierć i dziewczyna w Dramatycznym miało to być moje drugie spotkanie z Jelinek na deskach teatralnych, po którym wiele sobie obiecywałem. Tym bardziej że chodziło o jedną z pierwszych sztuk Jelinek i pierwszą, którą przeczytałem. Niestety spektakl Co się zdarzyło, kiedy Nora opuściła męża (grany gościnnie w Teatrze Narodowym w Warszawie przez czeski zespół Národní Divadlo) nie tylko mnie rozczarował, ale i bardzo zmęczył.

Po pierwsze na scenie miejscami dzieje się dużo (czytaj za dużo). Co gorsza czuć w tych miejscach wysiłek twórców włożony w ten spektakl - scenografia, rekwizyty i kostiumy oraz sposób ich wykorzystania, fragmenty śpiewane a także tańczone z towarzyszeniem obecnego pod sceną bandu - wszystko po to, aby nie pozostawić widzom żadnych wątpliwości, że jest się teatrem oryginalnym z szerokim wachlarzem sztuczek i tricków. W efekcie dostajemy nienajlepszej jakości groteskę, która nawet cieszy część publiczności, ale chyba nie o to chodzi. Problem bowiem w tym, że podobnych zabiegów Jelinek nie potrzebuje, a nawet więcej - każdy z nich zwyczajnie jej przeszkadza. Jeśli dołożymy do tego kompletne niezrozumienie kim (czym) w sztukach Jelinek jest aktor, który zamiast pogodzić się z przydzieloną mu funkcją "narzędzia" przekazującego tekst, stara się wykreować postać, to otrzymamy odpowiedz na czym polega tu błąd, bynajmniej nie czeski.

Jelinek należy pozwolić mówić. Podstawić jej dobrze wyregulowany mikrofon, podkręcić głośność, wyciszyć szumy, sprawić by słowa miały szanse dotrzeć do słuchacza bez zakłóceń. Tylko wtedy widać ich kunszt. To co pokazali Czesi w Narodowym nijak się ma do tej zasady.
Oczywiście ocena spektaklu, który ogląda się w obcym dla siebie języku zerkając co chwila na wyświetlane nad sceną napisy nie może być do końca oceną rzetelną. Tym bardziej jednak świadomi tego mankamentu twórcy powinni się skupić na klarownym dostarczeniu widzom samego tekstu, podporządkowując tej misji całą inscenizację. Bez tego nie ma Jelinek.



niedziela, czerwca 12, 2011

galaretkowiec







3 serki homogenizowane,
4 galaretki (każda w innym kolorze, wspólnie tworzące udaną kombinację kolorystyczną),
plus cokolwiek Ci przyjdzie do głowy, aby udekorować wierzchnią warstwę (ja tym razem użyłem ananasa z puszki i kruchych ciastek czekoladowych),
galaretki rozpuszczaj kolejno w średniej wielkości kubku, 
w przypadku trzech pierwszych po wystudzeniu każdej z nich, ale przed jej stężeniem zmiksuj ją z serkiem homogenizowanym aby uzyskać jednolitą masę, a następnie wlej do naczynia (moja mama używa do tego celu tortownicy, ja zdecydowałem się na szklane naczynie, dzięki czemu deser wygląda bardziej efektownie) i odstaw do lodówki, aby warstwa stężała,
udekoruj powierzchnię ostatniej stężałej warstwy i zalej ostatnią galaretką
Smacznego;-) 

niedziela, kwietnia 03, 2011

about family

"The kids are all right" is an American comedy-drama which takes place within an American family. Normally useless that kind of characteristic tells a lot in case of this movie. Firstly because considering many aspects the film is very typical for the category - maybe cleverer, witter, funnier, maybe better but sill very typical indeed. Secondly because this typicality combined with the fact that this American family is a family set up by a couple of lesbians upgrades the movie to completely another level. But what makes this movie so truly special is how smoothly this story becomes a story about a family and about nothing else. Behind this trick is hidden the real success of this gay-friendly project.


And what a tough luck for Annette Bening that she had to deliver her outstanding performance in the year of the Black Swan. Otherwise the Oscar would have gone to her undoubtedly. 



 

sobota, lutego 05, 2011

the review of The Black Swan in five things to say

Overture:
I've seen it. Actually I've seen it twice. Honestly I've seen it twice just so far.

First thing to say:
Natalie Portman became an actress many years ago in order to play this particular role right now. I have no doubts about it. Nothing else matters and will be when it comes to her emploi. At least when I'm thinking about it now, still contemplating my first, quite powerful impression.

The movie definitely let her show totally her craftsmanship (beauty ballerina-like face, little voice, body measurements and her natural innocence visible in her every move and heard in her every syllable) and she's grabbing her chance resolutely and steadily. Everyone (even the critics who are somehow grumbling about the movie as overloaded, over-over-the-top and generally overdone) says that in a month from now she will be holding the Oscar. It could be the biggest disappointment of the year if she isn't.

Second thing to say:
This movie drags you into from the very first scene. But there is nothing magical about it (usually isn't inspite of what people are tempted to say in such case) - it's simply thanks to quite clever tricks. The main trick is the one of using loud (sometimes louder than music) sounds - growing feathers, tapping ballet shoes and great variety of body sounds;-) An extraordinary work of the camera has its own input there as well.


Third thing to say:
The Swan Lake as a great (probably the greatest) ballet spectacle (full of glace kitsch) has been waiting long enough for being used to tell a nice story about filth, perversion and psycho. Mission completed.

Fourth thing to say:
The movie can be understood as a picture of the ballet's world but it works as one only partially. Many aspects were exaggerated and it's typical for the movies which try to deal with this world - no one can resist the temptation of presenting ballet dancers as fragile little girls who are heading for perfection through blood, sweat and tears.

Fifth thing to say: I want to watch it again.

niedziela, stycznia 30, 2011

czwartek, stycznia 13, 2011

my favourite bow tie


The bow tie was my Christmas gift for myself and it made my New Year's Eve Party. I bought it through the website www.beautiesltd.com which I highly recommend for everyone who wants to look bold within classic elegance.

sobota, stycznia 08, 2011

wariacje na temat broszki
























Ktoś na Gwiazdkę dostał coś. Jeśli jakiś inny ktoś chciałby sprawić sobie albo komuś takie samo lub podobne coś, to zapraszam gdzieś.

babbling about figure skating


A couple years ago someone said to me that if something is a question of systematic training (even possibly hard) it is fairly likely that Japanese people will go for it and among them there will be the one who will eventually achieve the goal. Since then I haven't been thinking too much about what kind of origins this theory might have and why it was presented to me in a first place. Actually I don't know any Japanese people in person to somehow verify this theory but observing Mao Asada's career I have started truly to believe in it.

For those who haven't heard about Mao Asada, she is a Japanese figure skater (an incredibly accomplished one, considering her age), the reigning World Champion, who holds a Guinness World Record for "the most triple axels performed in a competition". Currently she is the only female skater who performs a triple axel jump (the most difficult triple jump, which requires three and a half rotations in the air) on a regular basis.

However this season it appears that she is somewhere halfway to what she's heading for. She decided to completely change the technique of her jumps in order to carry them out in an error-free way and thanks to that getting full credit for executing every single one of them.  Changing the technique of jumps, as a mature figure skater, is like learning how to skate from scratch basically. And it really looked like that at the beginning of this season. Her two appearances in Grand Prix Series - I was eyewitness of one of them in Paris in November - were tiresome to watch. She kept falling with almost the same consistency as she had previously nailed the jumps. In consequence she was being ranked far below her usual placement. It's hard to imagine how difficult it was (or at least should have been) for her. Nevertheless she acted all the time like someone fixing on a certain point in the future (probably the next Olympics) with a great belief that what's happening now is what's needed to reach the spot. What is also very important in her case is that she never plays safely and certainly she never plays conservatively either in the sense she does not calculate always trying to deliver her best performance.

Now we are just after the Japan Nationals - the competition which has (at least when it comes to the ladies) probably the highest technical level among all figure skating competitions throughout the year (including the World Championships) giving each year lately up to five names of competitors who can be easily medaled at any international event. But the rules are fair and harsh at the same time because each country is allowed to send up to three skaters to that kind of event, which means that there is no room for all Japanese talents.

Under the circumstances Mao Asada was being considered as the one to stay at home this year whereas in spite of all expectations she executed two solid performances good enough to get one of three spots for Worlds. And this is definitely not the end of the story because she is definitely still on her self-improvement track. What a great mixture of determination and motivation mixed in a "golden proportions" (hopefully;-) I wonder if the Japanese diet has something to do with it;-)

I'm attaching the video with her long programme from the last Worlds that somehow shows the power of the mixture I've mentioned in the article. The performance has a really great and suitable music as the background but she would be well advised to change her costume designer as well:-P

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...