skip to main |
skip to sidebar
Biały kolor jest wbrew pozorom kolorem trudnym do noszenia. I nie chodzi mi nawet o małą praktyczność białych ubrań, które trudno utrzymać w czystości i porządku (takie przyziemne problemy w oczywisty sposób nie dotyczą osób tego formatu, co Tilda Swinton). Mam na myśli bardziej jakąś taką prostacką dosłowność bieli, z którą ciężko jest sobie poradzić, co działa dość zniechęcająco. Poza tym ten kolor jest jak dla mnie pozbawiony życia i przez to czasem uważam, że to właściwie nawet nie jest kolor. Dlatego z trudem przychodzi mi zachwyt nad białymi częściami garderoby, co nie znaczy, że to się nie zdarza. W przypadku Tildy zdarzyło się nawet kilkakrotnie. Ale po kolei. Najistotniejszą rzeczą, jaką należy sobie uświadomić myśląc o bieli, jest fakt, że bieli jest wiele. Łatwo się o tym przekonać chociażby oglądając obrazy Mondriana, na których sąsiadujące ze sobą "białe" kwadraty wcale nie są tego samego koloru. Z taką wiedzą można już zdziałać dużo. Ponadto trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że biel tak jak żaden inny "kolor" eksponuje sam materiał, z jakiego zrobiony jest ciuch (jego gładkość-chropowatość, matowość-połysk etc. - tak naprawdę wszystkie jego właściwości) i to jest jej wielka zaleta, z której należy umiejętnie korzystać. I właśnie Tilda Swinton to potrafi, o czym świadczą wszystkie zamieszczone poniżej zdjęcia.




Większość zdjęć pochodzi z bloga Red Carpet Fashion Awards. Na szczególną uwagę zasługuje (dość ryzykowne jeśli chodzi o strój "galowy") użycie przez Tildę białej koszuli, która bardzo zmyślnie podkreśla androgeniczność jej urody.
P.S. Przy okazji tego posta nie może oczywiście zabraknąć zdjęcia Białej Wiedźmy;-)
Ryzykuję oskarżenie o odgrzewanie kotleta sprzed kilku sezonów, ale jestem to winien Stelli Mccartney, którą darzę wielką sympatią i szacunkiem. Ponadto z tym butem związana jest pewna pouczająca (dla mnie) historia, która wydarzyła się właśnie dziś. Otóż koleżanka z pracy, która po sześciomiesięcznym zwolnieniu spowodowanym niefortunnym złamaniem nogi wróciła do biura, zwierzyła się nam, że bardzo tęskni za szpilkami, których jest miłośniczką, a których z powodu pozłamaniowej rekonwalescencji nie będzie niestety mogła nosić przez najbliższe dwa lata. Chcąc jej jakoś pomóc, ulżyć, przesłałem zamieszczone obok zdjęcie i dodałem, że to w celu nadanie tej tęsknocie bardziej realnej formy (wiem - jestem okropny). Byłem przygotowany na odpowiedź w postaci sugestywnego popukania się w głowę, tymczasem koleżanka wyraziła daleko idącą aprobatę w stosunku do zaprezentowanego buta (jak się później okazało nie tylko ona). Ja sam zacząłem wtedy myśleć o tym bucie zupełnie inaczej niż do tej pory - do tej pory wydawało mi się, że jest to but na tyle oryginalny, że właściwie bez szans na jakąś szerszą aprobatę. Choć jak się przez chwilę zastanowić, to but ten jest naprawdę urodziwy i to w klasycznym rozumieniu tego słowa. Ładna linia, zachowane proporcje, dobre wyprofilowanie - czego chcieć więcej. Sądziłem, że nie do zaakceptowanie dla "mas" jest pomysł konstrukcyjny jego przodu - ostentacyjnie nieklasyczny. Ten but najzwyczajniej w świecie zadziera nosa, ale jak się okazuje uchodzi mu to płazem. Tak jest chyba generalnie ze wszystkim, co proponuje Stella w ramach swojej marki i z tego właśnie wynika tak silna jej pozycja w modowej hierarchii. Jej kolekcje są zazwyczaj dość przewidywalne, jednak trzymają poziom i nieprzerwanie od lat uważa się je za jedne z najbardziej "wearable" wśród wybiegowych ciuchów. Bo Stella jest w stanie przekonać szeroką publiczność do bardzo wielu rzeczy a przecież o to właśnie chodzi w tym biznesie.
But pochodzi z kolekcji Stelly Mccartney na jesień/zimę 2007 roku. Kolekcja - zdecydownie warta przypomnienia - do zobaczenia w całości tutaj.
Nie mogłem sobie wymyślić lepszego prezentu urodzinowego (chociaż kupując bilety nie byłem pewien czy na pewno warto - ceny były spore). Jak dla mnie był to koncert, który pod każdym względem mógłby służyć za wzór - ja chcę chodzić tylko na takie koncerty.Po pierwsze miejsce - Sala Moniuszki Teatru Wielkiego - przestronne i dostojne wnętrze (lekko burżujskie, ale przez to doskonale kontrastujące z surową aranżacją sceny) z rewelacyjną akustyką i chyba bardzo odpowiednie dla tego rodzaju muzyki i tej klasy artystów.Po drugie wykonawca - Antony Hegarty, który wbrew temu, co się generalnie ludziom wydaje, jest bardzo pogodnym i mimo wszystko szczęśliwym człowiekiem. Na scenie czuje się doskonale - nie wysilając się nawiązuje kontakt z publicznością a przy tym posiada niczym niezachwianą swobodę bycia sobą, czyli transgenderowym artystą, którego niejednoznaczność płciowa w znacznym stopniu determinuje postrzeganie otaczającego go świata i co za tym idzie również jego twórczość. Jego głos brzmi na żywo równie dobrze jak na płytach (a czasem nawet lepiej zyskując jakąś niesamowitą głębię) - muszę szczerze przyznać, że obawiałem się jak to z tym będzie. W nagraniach studyjnych wokal Antony'iego wypada genialnie i dlatego podejrzewałem, że na żywo trudno będzie uzyskać zbliżony efekt. Myliłem się - Antony podchodzi do swoich występów z ortodoksyjnym perfekcjonizmem i profesjonalizmem. Wykonania znanych utworów niczym nie ustępowały wersjom z nagrań - wszystkie pomysły aranżacyjne były bardzo trafione.Po trzecie wreszcie - cudowna oprawa całego koncertu: począwszy od intrygującego supportu Johanny Constantine, poprzez wykorzystane instrumenty, a na oświetleniu (sugestywnie ilustrującym dźwięki i pomagającym w budowaniu odpowiedniego nastroju) skończywszy.Długo będę pamiętał to chyba najważniejsze jak dotychczas wydarzenie muzyczne w moim życiu.Zespół Antony and The Johnsons zagrał w Warszawie 29 kwietnia 2009 roku. Ten post pojawia się dopiero teraz, gdyż następnego dnia po koncercie udałem się w moją pierwszą podróż do Paryża (o czym wkrótce) i dopiero co wróciłem.
It was the third time I was watching The Swan Lake performing by the ballet dancers from The Great Theatre in Warsaw - for the first time I had such a great seat and for the first time I had a camera. Fortunately because there was someone who obviously deserves the shot.
Very nice and appropriate outfit - great colour combo (beautiful colour especially on the shirt), good proportions, very wise using lovely patterned tie which could be a bit longer but never mind, trendy ray bans and finally - great shoes. Going back to the ballet - The Swan Lake is that kind of performance which is appreciated (maybe for different reasons but still) by everyone. It has everything - great story, great music, great costumes, great choreography - I could go one. There will be always place in the repertoire for The Swan Lake.Here - link to the really great version of Odetta variation - fragment of second act which truly shows class of a dancer who plays leading role - enjoy.
Święta to doskonały moment na kontrowersyjnego posta, a zatem...
Współczesnymi ikonami mody i stylu stają się bardzo różni ludzie. Są nimi oczywiście głównie (i od zawsze byli) znani aktorzy i aktorki , piosenkarze i piosenkarki (najogólniej ludzie "szołbiznesu", w którym nawiasem mówiąc jest coraz więcej biznesu i coraz mniej "szoł"). Zdarzają się również tacy, którzy są znani z tego, że są znani - jak na przykład Paris Hilton, żeby nie szukać daleko. Jednak ostatnimi czasy dołączają do tego grona również osoby o dość kontrowersyjnym sposobie na życie i w sumie nie ma w tym nic dziwnego, bo wiadomo, że kontrowersyjna reklama to reklama o największej sile rażenia, a o to przecież w całym tym biznesie chodzi. Jedną z takich ikon, której kontrowersyjność nie jest już może pierwszej świeżości, ale nadal są tacy, którzy się nią emocjonują, jest gwiazda burleski Dita von Teese - łatwa do odnalezienia w pierwszym rzędzie każdego lepszego pokazu mody w Paryżu i nie tylko. Nie jestem specjalnym fanem jej urody, ale muszę przyznać, że jest zdecydowanie "jakaś" a do tego ma niezwykle nabożny (sic!) stosunek do ubierania się - podobno przebiera się kilka razy dziennie, gdyż uważa, że każda pora dnia rządzi się swoimi prawami i wręcz nie wypada nie zaznaczyć tego w stroju. Wyraźnie czerpie ze stylu retro - nie zawsze wygląda to dobrze, za to zawsze stylowo i ja tę konsekwencję bardzo szanuję.

Nie o niej jest jednak ten post. Gwiazda burleski promująca najnowsze kolekcje czołowych projektantów nie jest bowiem niczym nadzwyczajnym w porównaniu z wykorzystaniem w charakterze modela gwiazdy porno i to porno gejowskiego. A tak właśnie zrobił Bernhard Willhelm prezentując swoją męską kolekcję na wiosnę/lato ubiegłego roku na ciele Francois Sagat. Sama kolekcja jest jak dla mnie bardziej swego rodzaju performanc'em niż rzeczywistą propozycją, która mogłaby wnieść coś do mojej czy czyjekolwiek szafy, i w takim kontekście należy ją postrzegać i oceniać. Ewidentnie punktem wyjścia było tu ciało modela - wszystkie projekty skonstruowane są tak, by to ciało eksponować, czasami w sposób wyzywający (tych którzy zdecydują się obejrzeć całą kolekcję, ostrzegam, że niektóre zdjęcia są tylko dla dorosłych;-)
Jeśli chodzi o bohatera sesji zdjęciowej, to należy dodać, że wybór akurat Francois Sagat na modela nie był wcale taki przypadkowy - okazuje się, że aktor zanim trafił do porno biznesu, planował karierę w przemyśle modowym - studiował w Paryżu na kierunku związanym z modą i pracował jako asystent w kilku domach mody - czuł się jednak niedoceniany i wykorzystywany (sic!) i dlatego zrezygnował. Czy ma szansę stać się ikoną mody? Czas pokaże.

O projekcie dyskutowano w wielu miejscach (ja sam trafiłem na spory artykuł w magazynie I-D) i chyba to był główny cel tej kolekcji. A rzeczywiście warto zwrócić uwagę na tego projektanta - jego wcześniejsze i późniejsze kolekcje, zwłaszcza te damskie, pełne są naprawdę ciekawych i jak najbardziej znajdujących swoje miejsce w "szafie" rzeczy.

Cała kolekcja, o której mowa (ale także wszystkie dotychczasowe kolekcje Bernharda Willhelma) do obejrzenia tutaj (ostrzegam jeszcze raz wszystkich tych, co mogą poczuć się zgorszeni;-)Wesołych Świąt!
Są kratki i kratki. Kratka na tych butach Manolo Blahnika należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii;-)
DYGRESJA
Chyba mamy wiosnę i to od razu w takiej zaawansowanej postaci - nie wiem jak ja to wytłumaczę mojemu trenczowi, który wisząc cierpliwie w szafie, ewidentnie nie mógł się doczekać swojej pory roku, a tymczasem wszystko wskazuje na to, że będzie musiał poczekać jeszcze trochę - być może aż do jesieni.
Tak czy inaczej zmiana pogody zmusza nas do przeorganizowania szafy - jesienno-zimowe ubrania i dodatki można powoli upychać głębiej, pozwalając na pierwszy plan wyjść spragnionym świeżego powietrza wiosenno-letnim elementom garderoby. Bardzo szybko okazuje się, że w naszej szafie znajdują się rzeczy, które z różnych powodów "nie przetrwały" tej zimy. To przykre, ale niestety tak się dzieje. Nasza szafa wita wiosnę raportując nam swój stan, w którym widoczne są ubytki i braki. W trosce o dobre samopoczucie naszej szafy ubytki należy uzupełnić a braki - wypełnić. Nie ma rady - trzeba iść na zakupy;-)
KONIEC DYGRESJI
Już bardzo dawno, dawno temu zamierzałem napisać o męskiej kolekcji Alexandra McQueena na tę wiosnę - swego czasu zostałem nawet do tego sprowokowany pewnym komentarzem na blogu;-)
Wreszcie się zebrałem, ale muszę przyznać że nie jest to łatwe zadanie. Istniej obawa (moja), że próba zanalizowania fenomenu tej kolekcji, odsunie uwagę od jej niezwykłej urody, która jest tu (dla mnie) najważniejsza. Pomimo tej obawy spróbuję.
Ciało, jego anatomia, architektura, wyrafinowana geometria, były tu zdecydowanie wiodącą inspiracją. Uszycie ciucha, który będzie w zgodzie z kształtem ludzkiego ciała, wymaga bardzo przemyślanego krawiectwa najwyższej próby. I właśnie z tym mamy tutaj do czynienia. Wszystkie aspekty tej kolekcji (dobór kolorów i materiałów, a także fasonów) podporządkowane zostały idei oddawania hołdu ludzkiemu ciału. Efekt jest "powalający". Co ważne, genialność większości konceptów nie jest genialnością przytłaczającą obserwatora. Wysiłek włożony w stworzenie tej kolekcji jest niewyczuwalny na pierwszy rzut oka - dobrze uszyte, dopasowane rzeczy, ot co. Dzieje się tak dlatego, że dla projektanta dużo ważniejsza od przedstawienia studium ludzkiego ciała jest uroda jego projektów. Jak dla mnie McQueen w najwyższej formie. Tak trzymać.
Poniżej trzy wybrane zdjęcia z pokazu kolekcji a link do wszystkich tutaj.

Na te buty Paula Smitha trafiłem nieco przez przypadek. Proste, z ładnie wyprofilowanymi noskami, na zgrabnym obcasie - wykonane są z wszelkimi prawidłami sztuki obuwniczej. O ich wyjątkowości przesądza deseń, którym zostały pokryte i to w taki sposób że lewy but różni się wyraźnie od prawego, co daje genialny efekt. Deseń ten jest znakiem firmowym marki Paul Smith i pokrywa się nim właściwie wszystkie jej produkty: od bielizny, przez koszule i krawaty, torby, portfele, paski, rękawiczki, czapki, szaliki aż po spinki do mankietów (no i oczywiście jak widzimy także buty). Tak przy okazji to jestem wielkim zwolennikiem koncepcji nadawania wyjątkowości rzeczom prostym w formie poprzez pokrywanie ich ciekawym deseniem.
Te buty sprowokowały mnie jeszcze do pewnej refleksji. Paul Smith miał w swej karierze lepsze i gorsze momenty, ale nie da się zaprzeczyć, że to głównie dzięki niemu z powodzeniem funkcjonuje dziś w modzie termin "brytyjskość". W wydaniu Paula Smitha mówi się dodatkowo o czymś takim jak "quirky britishness". Nikt bowiem tak jak on nie potrafi z takim wyczuciem, humorem i autoironią potraktować tradycyjnych (często kultowych) elementów stroju Wyspiarzy, oddając tym samym wielkie zasługi nie tylko swojej ojczyźnie, ale również całemu modowemu przemysłowi.
Poza wszystkim Paul Smith to taki rasowy Brytol z klasą, co zawsze budziło mój najgłębszy szacunek.
