niedziela, sierpnia 09, 2009

Brakujące teksty

Już jakiś czas temu zostałem zaproszony do wzięcia udziału w bardzo ciekawym projekcie. Na potrzeby tego projektu powstały dwa teksty dotyczące dwóch stylizacji pani Kingi Rusin. Ponieważ projekt ostatecznie "nie wypalił" (bardzo szkoda), pozwolę sobie zamieścić te dwa teksty tutaj. Niech ujrzą wreszcie światło dzienne. Oto one wraz z ilustrującymi je zdjęciami.




Sukienka - błyszcząca czekoladowym odcieniem brązu, o fasonie rodem z korporacyjnej imprezy gwiazdkowej, w talii na siłę "ozdobiona" szerokim paskiem, opinająca, wręcz krępująca sylwetkę, zupełnie niepotrzebnie dająca wrażenie braku doskonałości figury, przy tym uszyta poprawnie i chyba z dość dobrego jakościowo materiału - nie jest tu głównym winowajcą, ponoszącym odpowiedzialność za fatalny całościowy efekt. Jest nim to coś zawieszone na szyi. Przypadkowe zestawianie elementów stroju nie mści się tylko na osobach o szczególnej intuicji i wyczuciu, a do takich pani Kinga Rusin moim zdaniem nie należy. Nie jest to bynajmniej jakiś zarzut. Niewielu jest bowiem ludzi, którzy taką intuicją i wyczuciem dysponują - z tym trzeba się zwyczajnie urodzić. Cała reszta ludzkości musi sobie radzić bez tego wyjątkowego daru i jest to oczywiście jak najbardziej możliwe. Należy po prostu takiej przypadkowości unikać, łącząc świadomie i z rozmysłem. Gdy się o tym zapomina, to kończy się to tak, jak na załączonym obrazku. Ten naszyjnik jest z całkowicie innej "bajki" niż sukienka i tak jak zazwyczaj nie mam nic przeciwko łączeniu różnych "bajek", tak w tym przypadku mówię zdecydowanie NIE. Dlaczego? Bo wybór takiej sukienki, która funkcjonuje tylko w ściśle określonej konwencji (i to chyba jej największa wada), narzuca stylizacji surowe reguły, których nieprzestrzeganie powoduje bolesny zgrzyt. I mamy tu taki zgrzyt. Na domiar złego "bajka", z której pochodzi naszyjnik jest wyjątkowo słaba - pod znakiem zapytania stawiam nie tylko samą koncepcje tego naszyjnika, ale także jakość jego wykonania. Nie będąc fanem tej sukienki jestem zdania, że rezygnacja z wszelkich dodatków (w tym kolczyków, które są z jeszcze innej bajki - mamy zatem trzy bajki na raz) pozwoliłaby uzyskać nieporównywanie lepszy efekt.




Tę rewelacyjną sukienkę projektu Diane fon Furstenberg można było bardzo łatwo "wykończyć" niewłaściwie dobranymi dodatkami. Wystarczyłyby duże, geometryczne kolczyki, jakiś fikuśny naszyjnik, ewentualnie "bransoletki" (dodatki bardzo lubiane przez panią Rusin) i byłoby "po japkach". Ale ktoś "mądry" czuwał nad tą stylizacją, dzięki czemu jest naprawdę nieźle.
W oryginale sukienka ta nie ma paska, za to jest bardzo ciekawie marszczona w talii, co sprawia że pomysł zainstalowania w tym miejscu paska wydaje się dość ryzykowny. W tym przypadku jest to jednak rozwiązanie przemyślane i przez to dające bardzo ciekawy efekt. Kolor paska jest kolorom bardzo nieoczywistym dla tego zestawu i tym większe brawa należą się styliście. Do tego subtelne kolczyki (które ja osobiście bym sobie darował) niepsujące całego bardzo pozytywnego wrażenia i wreszcie idealnie z całością współgrająca fryzura.
Podsumowując pięknie podany przez sukienkę temat, którego nie zafałszowały bardzo sensownie (a w przypadku paska nawet błyskotliwie) dobrane dodatki. I o to właśnie chodzi.

sobota, sierpnia 01, 2009

Werdykt

Serial Sex and the city posiada status kultowego i nie ma co z tym faktem dyskutować. Nie zamierzam się również zastanawiać dlaczego tak się stało, bo zajęły się tym z pewnością jakieś "mądrzejsze głowy". Mój stosunek do tego serialu jest raczej pozytywny. Uważam że jest całkiem dowcipny (mnie osobiście śmieszy bardzo) i to chyba wystarcza, żeby uznać go za dobry a nawet bardzo dobry. Poza tym główna bohaterka - Carrie - prowadzi życie, o którym marzy wielu (w tym trochę także ja;-) - nie wstaje z łóżka przed 11 rano, pisuje do gazety, wynajmuje mieszkanie na Manhattanie, "stroi się" i "bywa na mieście". Choć kilkakrotnie ma w serialu problemy finansowe, to jakoś nigdy nie odbija się to na zawartości jej szafy, w której mieszkają prawdziwe skarby, w tym wiele z budzącymi szacunek metkami. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że Carrie "filozuje" (to taki neologizm mojego brata - czytaj: filozofuje w pretensjonalny i zazwyczaj prostacki sposób). Na łamach redagowanej raz w tygodniu kolumny w gazecie, próbuje odpowiadać na nurtujące ją pytania dotyczące świata, życia, mężczyzn etc. i generalnie jest to dość żałosna działalność - pozwalająca jej jednak prowadzić życie, jakie prowadzi i o jakim marzy wielu. Po latach dochodzę do wniosku, że mimo wszystko to jej "filozowanie" też miało swój urok. Ale do rzeczy.
Bez wątpienia bohaterami tego serialu, grającymi w nim na równi z czterema aktorkami (czasem może nawet lepiej) są ciuchy. Tak było od samego początku i z sezonu na sezon było coraz lepiej. Ewolucja jest widoczna szczególnie w przypadku garderoby trzech przyjaciółek Carrie, ale sama Carrie też rozkwitła w ciągu tych sześciu sezonów. Stylistom udało się stworzyć cztery różne, spójne stylowo typy dobrze ubranych kobiet. Godna podziwu jest zwłaszcza konsekwencja w stylizowaniu aktorek, ale też duża pomysłowość. Pierwsze skrzypce grała w tej kwestii zawsze Carrie, której styl, w odróżnieniu o stylu jej przyjaciółek, najtrudniej sklasyfikować - zresztą zazwyczaj mówi się po prostu o "stylu Carrie". Carrie najbardziej kombinowała, a co za tym idzie najbardziej ryzykowała. Nieprzewidywalność jej stroju zaliczyłbym również do głównych atutów serialu. Najczęściej to właśnie jej pojawienie się na ekranie powodowało u mnie reakcję "łoł" a czasem nawet "łoł, łoł". Ale do sedna.
Będąc w posiadaniu wszystkich odcinków tego serialu i po obejrzeniu każdego z nich przynajmniej dwukrotnie, jestem gotów wskazać moim zdaniem najlepszą stylizację, jaka została stworzona na jego potrzeby. Jest to oczywiście stylizacja Carrie, która wywołała u mnie reakcję "łoł, łoł, łoł". Najpierw kilka snapshotów, a później jeszcze krótki komentarz.







Mamy tu wszystko - cudowną kombinację segmentów kolorystycznych, którą tworzą przepiękne, nasycone barwy, ciekawą mieszaninę tkanin, która różnicuje cały strój ze względu na fakturę i błyszczenie poszczególnych elementów, bardzo dobre proporcje - współgrające długości spódnicy i płaszcza, wykończenie całości genialnymi butami, torebką i kolczykami, do których została ograniczona biżuteria z racji ogromnej dekoracyjności samego płaszcza. Wyrafinowany rodzaj skomplikowania użytym tu prostym fasonom nadają barwy - zabieg niezwykle błyskotliwy i zdecydowanie wart rozpropagowania. Barwy pełnią tu również rolę ozdobnika - jedynym niekolorystycznym ozdobnikiem jest aplikacja na torebce widoczna na ostatnim zdjęciu. Ryzykowność tej stylizacji polega na tym, że składa się ona właściwie z samych bardzo wyrazistych elementów. Uzyskany efekt jakby temu zaprzeczał - Carrie wygląda bardzo swobodnie, wręcz nonszalancko. Strój okazuje się idealny na spacer po parku w ciągu dnia, choć każdy z jego elementów wydaje się bardziej odpowiedni na wieczorne wyjście. Całość zapiera dech w piersiach. Podsumowując: "łoł, łoł, łoł".

Snapshoty pochodzą z odcinka 13 serii 6.

poniedziałek, czerwca 29, 2009

True Colours

Now, as true colours mixing lover (mind true colours and true lover) I'd like to point at Mr Dries Van Noten who does mix the most sophisticated colours in the most sophisticated way. You don't have to look for the proof any further than in the latest fall collection.
















 


























The power of colour is truly overwhelming in this collection. Thanks to the beautiful simplicity of all pieces the colours are able to speak their own, pure language. And it's great because doesn't happen so often nowadays.
What the Dries Van Noten's colours try to say? Mainly that there is so much place left for the different combinations. There is no rules really, because you can obtain the most astonishing effect using colours which according to the "good book" go with each other under no circumstances. And I love that way of thinking in making fashion.
Secondly true colour is for me that one which needs quite large space to be alive - to show the level of its intensity and inner complication and sometimes to show its structure even (because some colours do have a structure). And this collection is full of that kind of colours, and I love that too.
At last Dries Van Noten is in my opinion one of the best pattern's producer and combiner in the fashion industry. The way of producing and combining patterns in this collection is probably the most adorable I've ever seen. Take a look and MIND THE SHOE, MIND THE SHOE;-)







 











Photos come from style.com, where you can find much more about this collection including the video report from the fashion show.

czwartek, czerwca 04, 2009

Tilda w bieli

Biały kolor jest wbrew pozorom kolorem trudnym do noszenia. I nie chodzi mi nawet o małą praktyczność białych ubrań, które trudno utrzymać w czystości i porządku (takie przyziemne problemy w oczywisty sposób nie dotyczą osób tego formatu, co Tilda Swinton). Mam na myśli bardziej jakąś taką prostacką dosłowność bieli, z którą ciężko jest sobie poradzić, co działa dość zniechęcająco. Poza tym ten kolor jest jak dla mnie pozbawiony życia i przez to czasem uważam, że to właściwie nawet nie jest kolor. Dlatego z trudem przychodzi mi zachwyt nad białymi częściami garderoby, co nie znaczy, że to się nie zdarza. W przypadku Tildy zdarzyło się nawet kilkakrotnie. Ale po kolei.
Najistotniejszą rzeczą, jaką należy sobie uświadomić myśląc o bieli, jest fakt, że bieli jest wiele. Łatwo się o tym przekonać chociażby oglądając obrazy Mondriana, na których sąsiadujące ze sobą "białe" kwadraty wcale nie są tego samego koloru. Z taką wiedzą można już zdziałać dużo. Ponadto trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że biel tak jak żaden inny "kolor" eksponuje sam materiał, z jakiego zrobiony jest ciuch (jego gładkość-chropowatość, matowość-połysk etc. - tak naprawdę wszystkie jego właściwości) i to jest jej wielka zaleta, z której należy umiejętnie korzystać. I właśnie Tilda Swinton to potrafi, o czym świadczą wszystkie zamieszczone poniżej zdjęcia.







Większość zdjęć pochodzi z bloga Red Carpet Fashion Awards. Na szczególną uwagę zasługuje (dość ryzykowne jeśli chodzi o strój "galowy") użycie przez Tildę białej koszuli, która bardzo zmyślnie podkreśla androgeniczność jej urody.

P.S. Przy okazji tego posta nie może oczywiście zabraknąć zdjęcia Białej Wiedźmy;-)


środa, maja 27, 2009

Znowu but

Ryzykuję oskarżenie o odgrzewanie kotleta sprzed kilku sezonów, ale jestem to winien Stelli Mccartney, którą darzę wielką sympatią i szacunkiem. Ponadto z tym butem związana jest pewna pouczająca (dla mnie) historia, która wydarzyła się właśnie dziś. Otóż koleżanka z pracy, która po sześciomiesięcznym zwolnieniu spowodowanym niefortunnym złamaniem nogi wróciła do biura, zwierzyła się nam, że bardzo tęskni za szpilkami, których jest miłośniczką, a których z powodu pozłamaniowej rekonwalescencji nie będzie niestety mogła nosić przez najbliższe dwa lata. Chcąc jej jakoś pomóc, ulżyć, przesłałem zamieszczone obok zdjęcie i dodałem, że to w celu nadanie tej tęsknocie bardziej realnej formy (wiem - jestem okropny). Byłem przygotowany na odpowiedź w postaci sugestywnego popukania się w głowę, tymczasem koleżanka wyraziła daleko idącą aprobatę w stosunku do zaprezentowanego buta (jak się później okazało nie tylko ona). Ja sam zacząłem wtedy myśleć o tym bucie zupełnie inaczej niż do tej pory - do tej pory wydawało mi się, że jest to but na tyle oryginalny, że właściwie bez szans na jakąś szerszą aprobatę. Choć jak się przez chwilę zastanowić, to but ten jest naprawdę urodziwy i to w klasycznym rozumieniu tego słowa. Ładna linia, zachowane proporcje, dobre wyprofilowanie - czego chcieć więcej. Sądziłem, że nie do zaakceptowanie dla "mas" jest pomysł konstrukcyjny jego przodu - ostentacyjnie nieklasyczny. Ten but najzwyczajniej w świecie zadziera nosa, ale jak się okazuje uchodzi mu to płazem. Tak jest chyba generalnie ze wszystkim, co proponuje Stella w ramach swojej marki i z tego właśnie wynika tak silna jej pozycja w modowej hierarchii. Jej kolekcje są zazwyczaj dość przewidywalne, jednak trzymają poziom i nieprzerwanie od lat uważa się je za jedne z najbardziej "wearable" wśród wybiegowych ciuchów. Bo Stella jest w stanie przekonać szeroką publiczność do bardzo wielu rzeczy a przecież o to właśnie chodzi w tym biznesie.

But pochodzi z kolekcji Stelly Mccartney na jesień/zimę 2007 roku. Kolekcja - zdecydownie warta przypomnienia - do zobaczenia w całości tutaj.

czwartek, maja 14, 2009

Paris Paris

Wybierałem się tam z głębokim przekonaniem, że zachwyty nad tym miastem są mocno przesadzone a samo miasto przereklamowane (należy je po prostu "zaliczyć") - wróciłem zachwycony i gotowy polecić je każdemu. Było cudownie i długo można by o tym pisać (i może jeszcze napiszę). Biorąc jednak pod uwagę, o czym generalnie jest ten blog, zacznę od tego, że:

Paryż stolicą mody jest.

I genialny francuski Vogue jest tutaj jedynie kropką nad "i". O potędze tego miasta świadczą bowiem same ulice, wypełnione tłumem dobrze i bardzo dobrze ubranych ludzi w każdym wieku, którzy stylowość mają chyba we krwi. Cechy charakterystyczne? Przede wszystkim ogromna dawka nonszalancji plus wrażenie przypadkowości w zestawianiu elementów stroju. Do tego sporo odważnych i perfekcyjnie zrealizowanych pomysłów. Naprawdę było co oglądać.

Check this out:





Widocznego na trzech pierwszych zdjęciach dziadka goniliśmy spory kawałek wzdłuż Sekwany. Niezbyt dobrze widać kolor spodni - są ciemnofioletowe a materiał lekko połyskuje. Czerwień butów jest bardziej matowa niż ta na kurtce. Coś wspaniałego.
Na ostatnim zdjęciu para, na którą natknęliśmy się w okolicach Luwru - zgodzili się zapozować.

środa, maja 06, 2009

Koncert

Nie mogłem sobie wymyślić lepszego prezentu urodzinowego (chociaż kupując bilety nie byłem pewien czy na pewno warto - ceny były spore). Jak dla mnie był to koncert, który pod każdym względem mógłby służyć za wzór - ja chcę chodzić tylko na takie koncerty.
Po pierwsze miejsce - Sala Moniuszki Teatru Wielkiego - przestronne i dostojne wnętrze (lekko burżujskie, ale przez to doskonale kontrastujące z surową aranżacją sceny) z rewelacyjną akustyką i chyba bardzo odpowiednie dla tego rodzaju muzyki i tej klasy artystów.
Po drugie wykonawca - Antony Hegarty, który wbrew temu, co się generalnie ludziom wydaje, jest bardzo pogodnym i mimo wszystko szczęśliwym człowiekiem. Na scenie czuje się doskonale - nie wysilając się nawiązuje kontakt z publicznością a przy tym posiada niczym niezachwianą swobodę bycia sobą, czyli transgenderowym artystą, którego niejednoznaczność płciowa w znacznym stopniu determinuje postrzeganie otaczającego go świata i co za tym idzie również jego twórczość. Jego głos brzmi na żywo równie dobrze jak na płytach (a czasem nawet lepiej zyskując jakąś niesamowitą głębię) - muszę szczerze przyznać, że obawiałem się jak to z tym będzie. W nagraniach studyjnych wokal Antony'iego wypada genialnie i dlatego podejrzewałem, że na żywo trudno będzie uzyskać zbliżony efekt. Myliłem się - Antony podchodzi do swoich występów z ortodoksyjnym perfekcjonizmem i profesjonalizmem. Wykonania znanych utworów niczym nie ustępowały wersjom z nagrań - wszystkie pomysły aranżacyjne były bardzo trafione.
Po trzecie wreszcie - cudowna oprawa całego koncertu: począwszy od intrygującego supportu Johanny Constantine, poprzez wykorzystane instrumenty, a na oświetleniu (sugestywnie ilustrującym dźwięki i pomagającym w budowaniu odpowiedniego nastroju) skończywszy.
Długo będę pamiętał to chyba najważniejsze jak dotychczas wydarzenie muzyczne w moim życiu.

Zespół Antony and The Johnsons zagrał w Warszawie 29 kwietnia 2009 roku. Ten post pojawia się dopiero teraz, gdyż następnego dnia po koncercie udałem się w moją pierwszą podróż do Paryża (o czym wkrótce) i dopiero co wróciłem.

wtorek, kwietnia 28, 2009

Mój gazetownik





















W ubiegłą niedzielę rano wybrałem się z koleżanką na targ staroci na Kole w celu nabycia drogą kupna używanego roweru typu koza - roweru nie było, za to było mnóstwo cudownych rzeczy, a wśród nich ten oto wózek, idealnie nadający się na gazetownik.

sobota, kwietnia 18, 2009

nice evening

It was the third time I was watching The Swan Lake performing by the ballet dancers from The Great Theatre in Warsaw - for the first time I had such a great seat and for the first time I had a camera. Fortunately because there was someone who obviously deserves the shot.


Very nice and appropriate outfit - great colour combo (beautiful colour especially on the shirt), good proportions, very wise using lovely patterned tie which could be a bit longer but never mind, trendy ray bans and finally - great shoes.

Going back to the ballet - The Swan Lake is that kind of performance which is appreciated (maybe for different reasons but still) by everyone. It has everything - great story, great music, great costumes, great choreography - I could go one. There will be always place in the repertoire for The Swan Lake.

Here - link to the really great version of Odetta variation - fragment of second act which truly shows class of a dancer who plays leading role - enjoy.

sobota, kwietnia 11, 2009

Revolution


Święta to doskonały moment na kontrowersyjnego posta, a zatem...

Współczesnymi ikonami mody i stylu stają się bardzo różni ludzie. Są nimi oczywiście głównie (i od zawsze byli) znani aktorzy i aktorki , piosenkarze i piosenkarki (najogólniej ludzie "szołbiznesu", w którym nawiasem mówiąc jest coraz więcej biznesu i coraz mniej "szoł"). Zdarzają się również tacy, którzy są znani z tego, że są znani - jak na przykład Paris Hilton, żeby nie szukać daleko. Jednak ostatnimi czasy dołączają do tego grona również osoby o dość kontrowersyjnym sposobie na życie i w sumie nie ma w tym nic dziwnego, bo wiadomo, że kontrowersyjna reklama to reklama o największej sile rażenia, a o to przecież w całym tym biznesie chodzi. Jedną z takich ikon, której kontrowersyjność nie jest już może pierwszej świeżości, ale nadal są tacy, którzy się nią emocjonują, jest gwiazda burleski Dita von Teese - łatwa do odnalezienia w pierwszym rzędzie każdego lepszego pokazu mody w Paryżu i nie tylko. Nie jestem specjalnym fanem jej urody, ale muszę przyznać, że jest zdecydowanie "jakaś" a do tego ma niezwykle nabożny (sic!) stosunek do ubierania się - podobno przebiera się kilka razy dziennie, gdyż uważa, że każda pora dnia rządzi się swoimi prawami i wręcz nie wypada nie zaznaczyć tego w stroju. Wyraźnie czerpie ze stylu retro - nie zawsze wygląda to dobrze, za to zawsze stylowo i ja tę konsekwencję bardzo szanuję.


Nie o niej jest jednak ten post. Gwiazda burleski promująca najnowsze kolekcje czołowych projektantów nie jest bowiem niczym nadzwyczajnym w porównaniu z wykorzystaniem w charakterze modela gwiazdy porno i to porno gejowskiego. A tak właśnie zrobił Bernhard Willhelm prezentując swoją męską kolekcję na wiosnę/lato ubiegłego roku na ciele Francois Sagat. Sama kolekcja jest jak dla mnie bardziej swego rodzaju performanc'em niż rzeczywistą propozycją, która mogłaby wnieść coś do mojej czy czyjekolwiek szafy, i w takim kontekście należy ją postrzegać i oceniać. Ewidentnie punktem wyjścia było tu ciało modela - wszystkie projekty skonstruowane są tak, by to ciało eksponować, czasami w sposób wyzywający (tych którzy zdecydują się obejrzeć całą kolekcję, ostrzegam, że niektóre zdjęcia są tylko dla dorosłych;-)
Jeśli chodzi o bohatera sesji zdjęciowej, to należy dodać, że wybór akurat Francois Sagat na modela nie był wcale taki przypadkowy - okazuje się, że aktor zanim trafił do porno biznesu, planował karierę w przemyśle modowym - studiował w Paryżu na kierunku związanym z modą i pracował jako asystent w kilku domach mody - czuł się jednak niedoceniany i wykorzystywany (sic!) i dlatego zrezygnował. Czy ma szansę stać się ikoną mody? Czas pokaże.


O projekcie dyskutowano w wielu miejscach (ja sam trafiłem na spory artykuł w magazynie I-D) i chyba to był główny cel tej kolekcji. A rzeczywiście warto zwrócić uwagę na tego projektanta - jego wcześniejsze i późniejsze kolekcje, zwłaszcza te damskie, pełne są naprawdę ciekawych i jak najbardziej znajdujących swoje miejsce w "szafie" rzeczy.



Cała kolekcja, o której mowa (ale także wszystkie dotychczasowe kolekcje Bernharda Willhelma) do obejrzenia tutaj (ostrzegam jeszcze raz wszystkich tych, co mogą poczuć się zgorszeni;-)


Wesołych Świąt!

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...