sobota, stycznia 21, 2012
niedziela, stycznia 08, 2012
piątek, stycznia 06, 2012
środa, stycznia 04, 2012
Patterns of London (part one)
London 29/XII/2011-2/I/2012
from the top left: underground, sky above Tottenham Hale Station, plates in Selfridges, underground, big bird up a tree in Hyde Park, underground, ceiling in Harrods, sofa in one of Camden Town's pubs, facade of a building close to Abbey Road Studios, weeping willow (I was almost copletely sure;-) in St. James's Park, underground, facade of a building close to Camden Market, underground again you might think but it was in a bus acctually ;-), bark of a tree in St. James's Park, bag in Harrods, underground
from the top left: underground, sky above Tottenham Hale Station, plates in Selfridges, underground, big bird up a tree in Hyde Park, underground, ceiling in Harrods, sofa in one of Camden Town's pubs, facade of a building close to Abbey Road Studios, weeping willow (I was almost copletely sure;-) in St. James's Park, underground, facade of a building close to Camden Market, underground again you might think but it was in a bus acctually ;-), bark of a tree in St. James's Park, bag in Harrods, underground
Etykiety:
byłem,
in english,
patterns
wtorek, grudnia 27, 2011
czwartek, grudnia 22, 2011
poniedziałek, grudnia 19, 2011
środa, grudnia 14, 2011
wzorcowy przykład upadku z wysokiego konia
wysoki koń = Antony Hegarty i jego twórczość
upadek = spektakl Jesteś moją siostrą na Novej Scenie teatru Roma w reżyserii Dariusza Siastacza i w wykonaniu braci Piotra i Pawła Kamińskich, którzy próbują śpiewać (i niestety nie tylko) przearanżowane piosenki Antony'ego z przetłumaczonymi przez Daniela Wyszogrodzkiego tekstami.
Skupmy się najpierw na piosenkach. Czy one w ogóle mają szansę obronić się bez Antony'ego - bez jego głosu i charyzmy? Wierze że tak, bo to w większości dobrze skomponowane kawałki, ale ten spektakl na pewno tego nie pokazuje. Przy całym szacunku dla występujących - poziom muzyczno-wokalny był mizerny w porywach do poprawnego, co przy znanym perfekcjonizmie Antony'ego nie mogło dać dobrego rezultatu. Musicalowe emploi wbrew pozorom nie pomogło aktorom w wiarygodnym przekazaniu tego, co w tych piosenkach jest, tego, co z tych piosenek się wylewa - czyli pewnej gamy specyficznych emocji. Siła tych emocji jest miejscami na tyle duża, że pomimo słabego ich przekazu, one i tak się ujawniają kierując myśli ku oryginalnym wykonaniom piosenek. Precyzyjnie nudnawe i bezbarwne głosy z manierą czystości wymowy każdej zgłoski przechodzące bardzo często w krzyk nie przekonały chyba nikogo.
Najlepiej wypadła piosenka Twilight, która jako chyba jedyna tak wiernie imitowała oryginalne wykonanie - śpiewający ją jeden z braci odnalazl nawet w swoim głosie namiastkę wibrato co było w równym stopniu zaskakujące, co porządane.
Tyle o muzyce, gdzie od biedy jeszcze jakieś plusy ujemne dałoby się znaleźć jak chociażby pomysłowe wykorzystanie akordeonu. Pozamuzycznie jest już tylko słabo. Kwadratowe i niewykończone ruchy dwójki aktorów miotających się po zdecydowanie za małej na miotanie się scenie, są kompletnie niezrozumiałe, nawet jak się przeczyta, że inspiracją był tu japoński taniec butoh. Chyba można było sobie darować cały ten "teatr" i skupić się na wykonaniu samych piosenek. Pozwoliłoby to na dopracowanie tych wykonań a w niektórych przypadkach na zauważenie, że może niektóre aranżacje nie są jednak do końca trafione.
I wreszcie ostatnia uwaga. Cały spektakl sprawia wrażenie niskobudżetowego i to w zdecydowanie złym tego słowa znaczeniu. Koronnym na to dowodem jest postać pani grającej na oboju, która przez cały spektakl zmaga sie na swojej małej półce, gdzie ją posadzono (wszystkie trzy panie instrumentalistki zostałe posadzone na półkach i ucharakteryzowane na harajuku girls), i kazano poza grą na oboju, potrząsać tamburyn, stukać pałeczkami i uderzać w gong. W efekcie niektóre z tych instrumentów odzywaja sie w momentach, w których powinny milczeć.
Wszystko to sprowadza się do wniosku, że powiedzenie "jak już spadać, to z wysokiego konia" nie zawsze ma zastosowanie, bo upadek nawet z wysokiego konia można jednak jakoś wcześniej poćwiczyć.
A wysoki koń wygląda tak:
upadek = spektakl Jesteś moją siostrą na Novej Scenie teatru Roma w reżyserii Dariusza Siastacza i w wykonaniu braci Piotra i Pawła Kamińskich, którzy próbują śpiewać (i niestety nie tylko) przearanżowane piosenki Antony'ego z przetłumaczonymi przez Daniela Wyszogrodzkiego tekstami.
Skupmy się najpierw na piosenkach. Czy one w ogóle mają szansę obronić się bez Antony'ego - bez jego głosu i charyzmy? Wierze że tak, bo to w większości dobrze skomponowane kawałki, ale ten spektakl na pewno tego nie pokazuje. Przy całym szacunku dla występujących - poziom muzyczno-wokalny był mizerny w porywach do poprawnego, co przy znanym perfekcjonizmie Antony'ego nie mogło dać dobrego rezultatu. Musicalowe emploi wbrew pozorom nie pomogło aktorom w wiarygodnym przekazaniu tego, co w tych piosenkach jest, tego, co z tych piosenek się wylewa - czyli pewnej gamy specyficznych emocji. Siła tych emocji jest miejscami na tyle duża, że pomimo słabego ich przekazu, one i tak się ujawniają kierując myśli ku oryginalnym wykonaniom piosenek. Precyzyjnie nudnawe i bezbarwne głosy z manierą czystości wymowy każdej zgłoski przechodzące bardzo często w krzyk nie przekonały chyba nikogo.
Najlepiej wypadła piosenka Twilight, która jako chyba jedyna tak wiernie imitowała oryginalne wykonanie - śpiewający ją jeden z braci odnalazl nawet w swoim głosie namiastkę wibrato co było w równym stopniu zaskakujące, co porządane.
Tyle o muzyce, gdzie od biedy jeszcze jakieś plusy ujemne dałoby się znaleźć jak chociażby pomysłowe wykorzystanie akordeonu. Pozamuzycznie jest już tylko słabo. Kwadratowe i niewykończone ruchy dwójki aktorów miotających się po zdecydowanie za małej na miotanie się scenie, są kompletnie niezrozumiałe, nawet jak się przeczyta, że inspiracją był tu japoński taniec butoh. Chyba można było sobie darować cały ten "teatr" i skupić się na wykonaniu samych piosenek. Pozwoliłoby to na dopracowanie tych wykonań a w niektórych przypadkach na zauważenie, że może niektóre aranżacje nie są jednak do końca trafione.
I wreszcie ostatnia uwaga. Cały spektakl sprawia wrażenie niskobudżetowego i to w zdecydowanie złym tego słowa znaczeniu. Koronnym na to dowodem jest postać pani grającej na oboju, która przez cały spektakl zmaga sie na swojej małej półce, gdzie ją posadzono (wszystkie trzy panie instrumentalistki zostałe posadzone na półkach i ucharakteryzowane na harajuku girls), i kazano poza grą na oboju, potrząsać tamburyn, stukać pałeczkami i uderzać w gong. W efekcie niektóre z tych instrumentów odzywaja sie w momentach, w których powinny milczeć.
Wszystko to sprowadza się do wniosku, że powiedzenie "jak już spadać, to z wysokiego konia" nie zawsze ma zastosowanie, bo upadek nawet z wysokiego konia można jednak jakoś wcześniej poćwiczyć.
A wysoki koń wygląda tak:
wtorek, grudnia 06, 2011
wtorek, listopada 29, 2011
Jelinek (nie) mówi
Czekałem na ten spektakl z niecierpliwością. Po świetnym Śmierć i dziewczyna
w Dramatycznym miało to być moje drugie spotkanie z Jelinek na deskach
teatralnych, po którym wiele sobie obiecywałem. Tym bardziej że chodziło
o jedną z pierwszych sztuk Jelinek i pierwszą, którą przeczytałem.
Niestety spektakl Co się zdarzyło, kiedy Nora opuściła męża
(grany gościnnie w Teatrze Narodowym w Warszawie przez czeski zespół
Národní Divadlo) nie tylko mnie rozczarował, ale i bardzo zmęczył.
Po pierwsze na scenie miejscami dzieje się dużo (czytaj za dużo). Co gorsza czuć w tych miejscach wysiłek twórców włożony w ten spektakl - scenografia, rekwizyty i kostiumy oraz sposób ich wykorzystania, fragmenty śpiewane a także tańczone z towarzyszeniem obecnego pod sceną bandu - wszystko po to, aby nie pozostawić widzom żadnych wątpliwości, że jest się teatrem oryginalnym z szerokim wachlarzem sztuczek i tricków. W efekcie dostajemy nienajlepszej jakości groteskę, która nawet cieszy część publiczności, ale chyba nie o to chodzi. Problem bowiem w tym, że podobnych zabiegów Jelinek nie potrzebuje, a nawet więcej - każdy z nich zwyczajnie jej przeszkadza. Jeśli dołożymy do tego kompletne niezrozumienie kim (czym) w sztukach Jelinek jest aktor, który zamiast pogodzić się z przydzieloną mu funkcją "narzędzia" przekazującego tekst, stara się wykreować postać, to otrzymamy odpowiedz na czym polega tu błąd, bynajmniej nie czeski.
Jelinek należy pozwolić mówić. Podstawić jej dobrze wyregulowany mikrofon, podkręcić głośność, wyciszyć szumy, sprawić by słowa miały szanse dotrzeć do słuchacza bez zakłóceń. Tylko wtedy widać ich kunszt. To co pokazali Czesi w Narodowym nijak się ma do tej zasady.
Oczywiście ocena spektaklu, który ogląda się w obcym dla siebie języku zerkając co chwila na wyświetlane nad sceną napisy nie może być do końca oceną rzetelną. Tym bardziej jednak świadomi tego mankamentu twórcy powinni się skupić na klarownym dostarczeniu widzom samego tekstu, podporządkowując tej misji całą inscenizację. Bez tego nie ma Jelinek.
Po pierwsze na scenie miejscami dzieje się dużo (czytaj za dużo). Co gorsza czuć w tych miejscach wysiłek twórców włożony w ten spektakl - scenografia, rekwizyty i kostiumy oraz sposób ich wykorzystania, fragmenty śpiewane a także tańczone z towarzyszeniem obecnego pod sceną bandu - wszystko po to, aby nie pozostawić widzom żadnych wątpliwości, że jest się teatrem oryginalnym z szerokim wachlarzem sztuczek i tricków. W efekcie dostajemy nienajlepszej jakości groteskę, która nawet cieszy część publiczności, ale chyba nie o to chodzi. Problem bowiem w tym, że podobnych zabiegów Jelinek nie potrzebuje, a nawet więcej - każdy z nich zwyczajnie jej przeszkadza. Jeśli dołożymy do tego kompletne niezrozumienie kim (czym) w sztukach Jelinek jest aktor, który zamiast pogodzić się z przydzieloną mu funkcją "narzędzia" przekazującego tekst, stara się wykreować postać, to otrzymamy odpowiedz na czym polega tu błąd, bynajmniej nie czeski.
Jelinek należy pozwolić mówić. Podstawić jej dobrze wyregulowany mikrofon, podkręcić głośność, wyciszyć szumy, sprawić by słowa miały szanse dotrzeć do słuchacza bez zakłóceń. Tylko wtedy widać ich kunszt. To co pokazali Czesi w Narodowym nijak się ma do tej zasady.
Oczywiście ocena spektaklu, który ogląda się w obcym dla siebie języku zerkając co chwila na wyświetlane nad sceną napisy nie może być do końca oceną rzetelną. Tym bardziej jednak świadomi tego mankamentu twórcy powinni się skupić na klarownym dostarczeniu widzom samego tekstu, podporządkowując tej misji całą inscenizację. Bez tego nie ma Jelinek.
Etykiety:
byłem,
elfriede jelinek
Subskrybuj:
Posty (Atom)






