piątek, stycznia 06, 2012

bez tytułu



Patterns of London (part two)










London 29/XII/2011-2/I/2012

środa, stycznia 04, 2012

Patterns of London (part one)

London 29/XII/2011-2/I/2012

from the top left: underground, sky above Tottenham Hale Station, plates in Selfridges, underground, big bird up a tree in Hyde Park, underground, ceiling in Harrods, sofa in one of Camden Town's pubs, facade of a building close to Abbey Road Studios, weeping willow (I was almost copletely sure;-) in St. James's Park, underground, facade of a building close to Camden Market, underground again you might think but it was in a bus acctually ;-), bark of a tree in St. James's Park, bag in Harrods, underground

wtorek, grudnia 27, 2011

czwartek, grudnia 22, 2011

poniedziałek, grudnia 19, 2011

środa, grudnia 14, 2011

wzorcowy przykład upadku z wysokiego konia

wysoki koń = Antony Hegarty i jego twórczość
upadek = spektakl Jesteś moją siostrą na Novej Scenie teatru Roma w reżyserii Dariusza Siastacza i w wykonaniu braci Piotra i Pawła Kamińskich, którzy próbują śpiewać (i niestety nie tylko) przearanżowane piosenki Antony'ego z przetłumaczonymi przez Daniela Wyszogrodzkiego tekstami.

Skupmy się najpierw na piosenkach. Czy one w ogóle mają szansę obronić się bez Antony'ego - bez jego głosu i charyzmy? Wierze że tak, bo to w większości dobrze skomponowane kawałki, ale ten spektakl na pewno tego nie pokazuje. Przy całym szacunku dla występujących - poziom muzyczno-wokalny był mizerny w porywach do poprawnego, co przy znanym perfekcjonizmie Antony'ego nie mogło dać dobrego rezultatu. Musicalowe emploi wbrew pozorom nie pomogło aktorom w wiarygodnym przekazaniu tego, co w tych piosenkach jest, tego, co z tych piosenek się wylewa - czyli pewnej gamy specyficznych emocji. Siła tych emocji jest miejscami na tyle duża, że pomimo słabego ich przekazu, one i tak się ujawniają kierując myśli ku oryginalnym wykonaniom piosenek. Precyzyjnie nudnawe i bezbarwne głosy z manierą czystości wymowy każdej zgłoski przechodzące bardzo często w krzyk nie przekonały chyba nikogo. 
Najlepiej wypadła piosenka Twilight, która jako chyba jedyna tak wiernie imitowała oryginalne wykonanie - śpiewający ją jeden z braci odnalazl nawet w swoim głosie namiastkę wibrato co było w równym stopniu zaskakujące, co porządane. 

Tyle o muzyce, gdzie od biedy jeszcze jakieś plusy ujemne dałoby się znaleźć jak chociażby pomysłowe wykorzystanie akordeonu. Pozamuzycznie jest już tylko słabo. Kwadratowe i niewykończone ruchy dwójki aktorów miotających się po zdecydowanie za małej na miotanie się scenie, są kompletnie niezrozumiałe, nawet jak się przeczyta, że inspiracją był tu japoński taniec butoh. Chyba można było sobie darować cały ten "teatr" i skupić się na wykonaniu samych piosenek. Pozwoliłoby to na dopracowanie tych wykonań a w niektórych przypadkach na zauważenie, że może niektóre aranżacje nie są jednak do końca trafione.
 

I wreszcie ostatnia uwaga. Cały spektakl sprawia wrażenie niskobudżetowego i to w zdecydowanie złym tego słowa znaczeniu. Koronnym na to dowodem jest postać pani grającej na oboju, która przez cały spektakl zmaga sie na swojej małej półce, gdzie ją posadzono (wszystkie trzy panie instrumentalistki zostałe posadzone na półkach i ucharakteryzowane na harajuku girls), i kazano poza grą na oboju, potrząsać tamburyn, stukać pałeczkami i uderzać w gong. W efekcie niektóre z tych instrumentów odzywaja sie w momentach, w których powinny milczeć.
 
Wszystko to sprowadza się do wniosku, że powiedzenie "jak już spadać, to z wysokiego konia" nie zawsze ma zastosowanie, bo upadek nawet z wysokiego konia można jednak jakoś wcześniej poćwiczyć.

A wysoki koń wygląda tak:


 



wtorek, grudnia 06, 2011

the fount of hues





Greece (Athens and Pireus) 01-04/XII/2011

wtorek, listopada 29, 2011

Jelinek (nie) mówi

Czekałem na ten spektakl z niecierpliwością. Po świetnym Śmierć i dziewczyna w Dramatycznym miało to być moje drugie spotkanie z Jelinek na deskach teatralnych, po którym wiele sobie obiecywałem. Tym bardziej że chodziło o jedną z pierwszych sztuk Jelinek i pierwszą, którą przeczytałem. Niestety spektakl Co się zdarzyło, kiedy Nora opuściła męża (grany gościnnie w Teatrze Narodowym w Warszawie przez czeski zespół Národní Divadlo) nie tylko mnie rozczarował, ale i bardzo zmęczył.

Po pierwsze na scenie miejscami dzieje się dużo (czytaj za dużo). Co gorsza czuć w tych miejscach wysiłek twórców włożony w ten spektakl - scenografia, rekwizyty i kostiumy oraz sposób ich wykorzystania, fragmenty śpiewane a także tańczone z towarzyszeniem obecnego pod sceną bandu - wszystko po to, aby nie pozostawić widzom żadnych wątpliwości, że jest się teatrem oryginalnym z szerokim wachlarzem sztuczek i tricków. W efekcie dostajemy nienajlepszej jakości groteskę, która nawet cieszy część publiczności, ale chyba nie o to chodzi. Problem bowiem w tym, że podobnych zabiegów Jelinek nie potrzebuje, a nawet więcej - każdy z nich zwyczajnie jej przeszkadza. Jeśli dołożymy do tego kompletne niezrozumienie kim (czym) w sztukach Jelinek jest aktor, który zamiast pogodzić się z przydzieloną mu funkcją "narzędzia" przekazującego tekst, stara się wykreować postać, to otrzymamy odpowiedz na czym polega tu błąd, bynajmniej nie czeski.

Jelinek należy pozwolić mówić. Podstawić jej dobrze wyregulowany mikrofon, podkręcić głośność, wyciszyć szumy, sprawić by słowa miały szanse dotrzeć do słuchacza bez zakłóceń. Tylko wtedy widać ich kunszt. To co pokazali Czesi w Narodowym nijak się ma do tej zasady.
Oczywiście ocena spektaklu, który ogląda się w obcym dla siebie języku zerkając co chwila na wyświetlane nad sceną napisy nie może być do końca oceną rzetelną. Tym bardziej jednak świadomi tego mankamentu twórcy powinni się skupić na klarownym dostarczeniu widzom samego tekstu, podporządkowując tej misji całą inscenizację. Bez tego nie ma Jelinek.



niedziela, czerwca 12, 2011

galaretkowiec







3 serki homogenizowane,
4 galaretki (każda w innym kolorze, wspólnie tworzące udaną kombinację kolorystyczną),
plus cokolwiek Ci przyjdzie do głowy, aby udekorować wierzchnią warstwę (ja tym razem użyłem ananasa z puszki i kruchych ciastek czekoladowych),
galaretki rozpuszczaj kolejno w średniej wielkości kubku, 
w przypadku trzech pierwszych po wystudzeniu każdej z nich, ale przed jej stężeniem zmiksuj ją z serkiem homogenizowanym aby uzyskać jednolitą masę, a następnie wlej do naczynia (moja mama używa do tego celu tortownicy, ja zdecydowałem się na szklane naczynie, dzięki czemu deser wygląda bardziej efektownie) i odstaw do lodówki, aby warstwa stężała,
udekoruj powierzchnię ostatniej stężałej warstwy i zalej ostatnią galaretką
Smacznego;-) 

niedziela, kwietnia 03, 2011

about family

"The kids are all right" is an American comedy-drama which takes place within an American family. Normally useless that kind of characteristic tells a lot in case of this movie. Firstly because considering many aspects the film is very typical for the category - maybe cleverer, witter, funnier, maybe better but sill very typical indeed. Secondly because this typicality combined with the fact that this American family is a family set up by a couple of lesbians upgrades the movie to completely another level. But what makes this movie so truly special is how smoothly this story becomes a story about a family and about nothing else. Behind this trick is hidden the real success of this gay-friendly project.


And what a tough luck for Annette Bening that she had to deliver her outstanding performance in the year of the Black Swan. Otherwise the Oscar would have gone to her undoubtedly. 



 

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...