piątek, maja 14, 2010

mixing patterns - chapter 2

Power of pattern clothing is rather obvious these days. There is no other way to build convincingly strong look with little effort. And when you start playing with mixing patterns it's always about being as bold as brass even if you usually do not act like someone essentially brave. Probably that's why I like it so much and admire people who use that strategy in their fashion statements.

As it turns out, dealing with interesting patterns could also be one of cleverest ways to break into the industry. This is definitely the case of Holly Fulton - Scottish from origin, up-and-coming designer who produces really specific and intricate prints taking her inspirations mainly from Art Deco style and putting them into very up-to-date urban look which is finished with exquisite jewellery (you can read here about what she is telling about her craftsmanship). With some pretty good reviews she is on her way to establish competitive label. Let's all keep our fingers crossed - what we can see now looks very promising.






Speaking of mixing patterns, the performance delivered by Louise Gray - Holly Fulton's compatriot, sharing her hopes of becoming significant figure in the industry - seems to be comparably accomplished and quite cheerful at the same time. Thoughts that she takes her cue from Madame Westwood come easily to our minds and that can be some sort of compliment for sure. However the way she is struggling with crazy fabrics deserves at least few words of admiration considering her individuality. Anyway fun is the thing she is mainly aiming at and it's fun indeed what leaves us with the certainty she will succeed eventually.







All pictures come from style.com
As a background for this post I used some really nice mixes coming from my younger brother's favourite game these days - cheers Krzysiek;-)

piątek, kwietnia 02, 2010

jump

The idea of jumpsuit is becoming more and more appealing for me nowadays, especially in men's edition since in women's department jumpsuit is already one of those must-have items.
Being part of basic clothing and at the same time being responsible for creating total look, jumpsuit generates plenty of possibilities in men's wardrobe. And it's quite practical and comfy for sure. What else do you need? Maybe a little more in variety of colours section. But that's all what I'm asking for;-)





In two photos from the top there is quite nice jumpsuit I'm dilly-dallying to buy, the last one comes from Stil in Berlin blog.

woman like a man = man like a woman?

O ile kobiety mają już od jakiegoś czasu swobodny dostęp do męskiej szafy (status quo jest tu na tyle stabilny, że status quo ante wydaje się prehistorią, choć to przecież kwestia zaledwie ubiegłego wieku, kiedy kobiety zaczęły masowo zakładać spodnie), o tyle mężczyźni wciąż traktują szafy kobiet jak całkowicie autonomiczne terytoria. Terytoria, których podbijać nie chcą, bo… i tu pojawia się długa lista społeczno-kulturowych uwarunkowań. Opierając się na nich (często nieświadomie), "prawdziwi" mężczyźni gotowi są bronić swej "prawdziwej" męskości (rozumianej czysto stereotypowo) z podziwu godną, a jednocześnie nieco żałosną w swej bezzasadności zaciekłością.
Tymczasem współczesna moda (głucha całkowicie na roszczenia „prawdziwych” mężczyzn) już od pewnego czasu dowolnie miesza zawartość obydwu szaf. Po stronie mody damskiej nie ma w tym oczywiście absolutnie nic kontrowersyjnego. Wręcz przeciwnie. Nawet najbardziej zagorzali zwolennicy rozróżnienia na damskie i męskie akceptują zapożyczenia z męskiej szafy. Sama Stella McCartney od zawsze powtarza, że kobieta w niczym nie wygląda tak dobrze jak w koszuli swojego chłopaka. I coś w tym jest. Wiele rzeczy kobiety zaadaptowały na swoje potrzeby na tyle skutecznie, że mówienie o ich pochodzeniu z męskiej szafy zaczyna nie mieć sensu. To kazus między innymi spodni właśnie. Po stronie mody męskiej natomiast sprawa wygląda zgoła inaczej. Technicznie niby wszystko działa podobnie - proces zapożyczania trwa (choć wielu mężczyzn zwyczajnie wypiera ten fakt), ale przyjmowany jest z wrogością, zyskując często piętno kontrowersyjności. Proces jest tym samym hamowany.

Jeżeli przyjmiemy, że w przypadku kobiet szturm na męska szafę zaczął się od założenia spodni, to nie trudno wykoncypować, co mogłoby zapoczątkować analogiczny szturm mężczyzn na szafę damską. Niestety żadna analogia tu nie funkcjonuje - głównie z dwóch powodów. Po pierwsze mężczyźni już kiedyś nosili spódnice masowo, a po drugie ubiegłowieczna rewolucja, w wyniku której panie zaczęły nosić spodnie, wpisywała się w silny ruch emancypacyjny. Założenie spodni było symbolicznym zrównaniem praw kobiet i mężczyzn. Moda w tym przypadku odpowiedziała jedynie na pewną wyraźnie wyartykułowaną przez kobiety potrzebę a dalej było już z górki. Ze spódnicami dla panów sprawa jest trochę bardziej skomplikowana, bo jak na razie nie ma na to społecznej zgody. Klimat jest skrajnie niesprzyjający i wydaje się, że zmiany nie nastąpią szybko. Współczesny facet drży na myśl o tym, że ktoś mógłby uznać go za zbyt mało męskiego w jakimkolwiek aspekcie jego życia - strój jest tu czubkiem góry lodowej. Z drugiej strony feminizacja męskiego stroju jest procesem, który pomimo wspomnianego hamowania jednak postępuje. Wiele konstrukcyjnych rozwiązań wykorzystywanych w projektowaniu na potrzeby pań znajduje zastosowanie w projektach dla panów - również tych z masowej produkcji. Mam tu na myśli wszelkiego rodzaju zabawy z talią, z długościami, łączenie materiałów a także mieszanie różnych konwencji. Zatem być może rewolucja na miarę tej z ubiegłego wieku trwa na naszych oczach, tylko jakościowo jest nieco inna (bo inne są okoliczności) i w związku z tym zamiast rozpocząć się od założenia spódnic przez mężczyzn, roztropnie pozostawia to na swój finał.

Kreatorzy mody od zawsze dzielili się na dwie kategorie - linię podziału wyznacza stosunek do ustalonych w modzie konwencji. Po jednej stronie stoją Ci, którzy respektując te konwencje i tym samym podporządkowując się ograniczeniom jakie one niosą, stają na rzęsach, żeby w ramach tych konwencji stworzyć coś ciekawego. Po stronie przeciwnej stoją Ci, dla których celem nadrzędnym (często wręcz jedynym sensem działalności) jest kontestacja zastanych konwencji i w efekcie próba przezwyciężania towarzyszących im ograniczeń. Choć pierwsza kategoria posiada bardzo silną reprezentację (i to dobrze, bo moda potrzebuje tego typu kreatorów), to jednak za sprawą tej drugiej, zdecydowanie mniej licznej kategorii przemysł się rozwija, udowadniając jednocześnie, że jego rola nie musi ograniczać się jedynie do odpowiedzi na pytanie czy "fioletowe buty można założyć do zielonej sukienki".

Konwencja polegająca na tym, że spodnie są dla panów a spódnice dla pań może posłużyć jako bardzo dobre kryterium różnicujące współczesnych projektantów na tych z pierwszej i tych z drugiej kategorii. Różnicować należy jednak z rozwagą. Oto dwa przykłady.

We wrześniu 2008 roku podczas pokazu jednej ze swoich wiosenno-letnich kolekcji po raz pierwszy w spódnicy pokazał się sam Marc Jacobs (co więcej od tego czasu robi to z podziwu godną regularnością i konsekwencją). Doniosłość tego wydarzenia w kontekście przełamywania wspomnianej konwencji dość łatwo jednak zdeprecjonować, jeśli przyjrzymy się mu nieco bliżej.
Spódnica, którą zakłada Jacobs jest silnie wzorowana na szkockim kilcie (czyli spódnicy relatywnie najbardziej męskiej spośród wszystkich spódnic), ponadto zazwyczaj w super bezpiecznym czarnym kolorze (choć zdarzyła się też taka, która była pokryta szkocką kratką [sic!]). Taką spódnicę Jacobs łączy z ultraklasyczną, gładką koszulą i sandałami-gladiatorkami. W efekcie dostajemy bardzo klasyczny zestaw, który należy ocenić (oderwawszy się na chwile od kulturowych uwarunkowań stygmatyzujących faceta w spódnicy) jako bardzo racjonalną, stonowaną i w gruncie rzeczy mało odkrywczą propozycję. Marc Jacobs czuje, że zakładając spódnicę jedzie po tzw. bandzie i dlatego robi to z dużym wyczuciem i ostrożnością - jakkolwiek sama spódnica musi zostać tu uznana za wybór kontrowersyjny, to już cały zestaw kontrowersyjny nie jest w ogóle. Ten przykład pokazuje, że nawet ktoś taki jak Marc Jacobs uznaje siłę konwencji. Żeby postawić w tym miejscu kropkę nad i, wystarczy dodać, że Jacobs nie projektuje spódnic dla panów (sam zakłada spódnice m.in. z kolekcji Comme des Garçons), a nawet więcej - na pytanie czy zamierza, odpowiada zdecydowanie, że NIE, co w ustach mainstreamowego projektanta brzmi dość wymownie. Daje tym samym jasno do zrozumienia, że projektantowi wolno jednak więcej niż reszcie gawiedzi.

I rzeczywiście, pomimo tego, że spódnice od pewnego czasu pojawiają się na męskich wybiegach nie tylko za sprawą Marca Jacobsa (Jean-Paul Gaultier, Yohji Yamamoto, Comme des Garcons, Rick Owens, John Galliano, Yves Saint Laurent czy Alexander McQueen, jeśli ograniczymy się do tych najbardziej znanych marek), to upłynąć musi jeszcze trochę czasu zanim gawiedź się do nich przekona i zacznie traktować jak poważną propozycję. Tak jak wspominałem będzie to prawdopodobnie ostatni akt lub nawet epilog rewolucji. W oczekiwaniu warto się przyjrzeć aktom wcześniejszym, które rozgrywają się na naszych oczach. A tu ogrom pracy u podstaw wykonuje Prada - mistrzyni w przełamywaniu genderowych stereotypów (szczególnie tych dotyczących panów), niestrudzenie, wciąż od nowa podejmująca wysiłek stworzenia spójnej logicznie i estetycznie koncepcji. Konwencja jest dla niej niewiarygodnie plastycznym materiałem do eksperymentów, z których jednak każdy posiada profesjonalnie napisany konspekt. Przez to facet, który ubiera się u Prady jest w pełni świadomy gry, jaka ma tu miejsce. Żeby przypomnieć tylko kilka ostatnich sezonów, mieliśmy już do czynienia z luźnymi t-shirtami o długości pozwalającej zakwalifikować je do kategorii sukienek przed kolano noszonych w taki sposób, aby to skojarzenie było natychmiastowe. W tym samym sezonie - ultrakobiecy kształt dekoltu swetrów, podkreślający rozpiętość ramion i eksponujący szyję. W kolejnym ciekawie skonstruowany gorset lub nawet dwuczęściowy kostium zakładany na bardzo klasyczne części garderoby, fetyszyzujący określone partie męskiego ciała. Wreszcie zabawy wokół męskiej talii - tutaj Prada pozwala sobie chyba na najwięcej. W najnowszej kolekcji na przykład na taliowane w bardzo kobiecy sposób swetry o zredukowanej długości, dające tym silniejszy efekt warstwowości. Wszystko to jak zawsze podane bez silenia się na sztuczną kontrowersyjność. Kontestacja konwencji poprzez bardzo czytelne i przemyślane chwyty, owocująca rozwiązaniami błyskotliwymi a często wręcz genialnymi. I to chyba najwłaściwsza droga, jaką współcześnie mogą podążać projektanci.

Moda, która nadal próbuje przestrzegać rygorów konwencji, na naszych oczach zjada swój własny ogon. Prawda jest bowiem taka, że jeżeli moda wyznacza sobie jakieś granice, to tylko w tym celu, żeby w końcu je przekroczyć. Granica płci przekroczona została już nie jeden raz, ale jeszcze nigdy na tyle pewnym krokiem, by móc uznać ją za otwartą. Wciąż nie są sprecyzowane przepisy graniczne, przez co w dużej mierze aktem przekraczania rządzi przypadek. Konieczne są pewne regulacje.
Konwencja klasycznie męskiego stroju jest tymczasem na wyczerpaniu - właściwie nie można w jej zakresie wymyślić już nic nowego Naturalną drogą dla mody męskiej wydaje się zatem ta zmierzająca w kierunku damskiej szafy, bo tam najłatwiej o nowe pomysły. Na razie trzeba podążać tą drogą na tyle ostrożnie, aby "prawdziwy" mężczyzna nie miał szansy zorientować się, co jest grane, albo przynajmniej mógł spokojnie udawać, że się nie orientuje. Z czasem (miejmy nadzieję) "prawdziwy" mężczyzna stanie się prawdziwym mężczyzną i jak na takiego przystało zaakceptuje swoją nową szafę bez marudzenia. Tak naprawdę to nie będzie miał wyjścia.






































Zdjęcia pochodzą z dwóch blogów: Still in Berlin i A shade view of fashion, które przy tej okazji szczerze polecam.

niedziela, marca 28, 2010

czwartek, marca 18, 2010

colours of the wind

Nic tak silnie nie działa na mnie jak kolor, co zresztą parokrotnie już tu podkreślałem. Okazuje się jednak, że z biegiem czasu oddziaływanie to zmienia swoją formę. Wyraziste kolory rajcują mnie już zdecydowanie mniej niż kiedyś, choć nadal entuzjastycznie reaguję na łączenie kilku mocnych barw (najlepiej jeszcze takich, których "łączyć nie wolno"). Powoli jednak przesuwam języczek u wagi z kolorów, które krzyczą (a nawet wrzeszczą) na te bardziej stonowane, które budują nastrój swoim wyciszeniem. Bardzo dobrze zaczynam reagować na zabawy z różnymi odcieniami tej samej barwy. Wreszcie coraz przychylniej spoglądam na kolory pastelowe, rozmyte, mgliste, pudrowe, których wcześniej zupełnie nie zauważałem, myśląc o nich raczej w kategoriach braku koloru. W tym kontekście to, co robi z kolorami Jonathan Saunders działa na mnie bardzo silnie.

Wiosna 2008 - przełomowa kolekcja dla mojego myślenia o tym co jest, a co nie jest kolorem; mistrzostwo świata w kategorii wykorzystania bieli, która okazuje się tutaj kolorem niejednoznacznym, skomplikowanym, intrygującym, generującym osobną i osobliwą kolorystyczną gamę.






Wiosna 2010 - pastele w swojej życiowej formie i w kombinacjach, o których całe życie marzyły; czystość i prostota zastosowanych form okazuje się środowiskiem naturalnym dla tych kolorów, które błyszczą tu swoim wewnętrznym, zwykle niedostrzegalnym blaskiem.







Jesień 2010 - cieniowania w połączeniu z pomysłowym graficznym wzorem i wyraźnie wyodrębnionymi kolorystycznymi segmentami a na dokładkę wyrafinowane zestawienia matowości z połyskiem dają bardzo miłe dla oka wrażenia; kolory wchodzą w reakcje niemal chemiczne między sobą dowodząc jednocześnie, że nawet spora odległość, jaka może je dzielić w pudełku z kredkami nie jest przeszkodą w znalezieniu wspólnego języka - niektóre z nich odkrywają przy tej okazji (ku wielkiemu swojemu zaskoczeniu), że mają wspólne korzenie.









Zdjęcia pochodzą z portalu style.com

sobota, lutego 27, 2010

There's new theatre in town

It was Friday (not the last one but the one before the last - I like being specific;-) and it was The Event.
The place is very well located - 4 tram stops from place where I live constantly - in a former cinema Kino Ochota building. I was there only once before, in times the cinema was still working (at least supposed to be working), but the lady in the box-office said to me that she couldn't sell me a ticket for the movie because I was the only person who came to see that movie. She gave me also a piece of a advice for the future: "Next time bring couple of your friends". Of course I (either by myself or with my friends) had never showed up again and when the cinema was announced as officially closed I thought for a minute that it might be partially my fault;-) Well, never mind. Closing the cinema caused opening the theatre and for me it's nothing wrong with that. The more so because the theatre (called Och-teatr) will most likely become one of the main stages in Warsaw.
That Friday there were concert of Marysia Peszek - charismatic, cheerful and liberated singer?, actress?, performer? - probably all of them in one person. I've seen her performing before (couple years ago) in her one-woman-show Miastomania (I'm even proud owner of her CD with songs coming from that show, which she magnanimously signed for me then). Friday's concert was mostly promoting her new CD and her new image as well and actually did that very well;-) Photos below coming from Rafał Nowakowski website.




It was really nice evening in good company - there were some really posh people. Among them this guy:


I attached as always something for listening. It is of course song by Marysia Peszek, but quite special one - song about Warsaw. Enjoy.

piątek, lutego 19, 2010

Alek


Po raz pierwszy zobaczyłem jej zdjęcie w 2003 roku, w "Wysokich obcasach", w artykule poświęconym temu, "co będzie modne tej wiosny". Pamiętam, że zdjęcie było dużym zbliżeniem twarzy i że "prześladowało" mnie jeszcze przez długi czas. Przedstawiało kobietę o niewyobrażalnie oryginalniej (dla mnie wówczas) urodzie, na którą składały się ciekawie osadzone, piękne oczy, masywny, ale idealnie współgrający z całą twarzą nos i oczywiście nasycony i połyskujący, ciemny kolor skóry. Wydarzenie to miało z całą pewnością znamiona zauroczenia a być może nawet zadurzenia. Od tamtej pory minęło kilka lat, przez które jak sądzę nieco dorosłem. Mimo to "stara miłość nie rdzewieje".

Aktualnie jestem świeżo po przeczytaniu autobiograficznej książki Alek Wek. Książka literackim dziełem nie jest (nikt zresztą tego się po niej nie spodziewał ani tym bardziej od niej tego nie oczekiwał), miejscami jest nawet napisana dość niedbale. Nie mniej jednak opisana w niej historia jest zdumiewająca i absolutnie wyjątkowa i choćby z tego powodu warto po nią sięgnąć. Nie zamierzam jej tu oczywiście streszczać, ale pokuszę się o przytoczenie pewnej ciekawostki. Otóż jednym z pierwszych castingów jakie wygrała Alek Wek był ten do teledysku Tiny Turner "Golden Eye" - pojawia się w nim przez kilka sekund zaraz na początku i pod koniec. Wbrew pozorom ten niebywały sukces i związane z nim możliwości w żaden sposób nie przełożyły się na dynamiczny rozwój jej kariery. Bardzo długo klasyfikowana jako egzotyczny typ urody dostawała angaż tylko w bardzo specyficznych projektach. Do mainstreamu trafiła dzięki temu, że kilku ludzi ze świata mody (o którym jest w książce też parę ciekawych zdań) postanowiło zaryzykować i umieścić jej zdjęcie na okładce amerykańskiego Elle. Było to dla mnie o tyle ciekawe, że nigdy nie podejrzewałbym akurat tego środowiska o tak silny konserwatyzm i związany z nim strach przed przełamaniem dominującego trendu nakazującego lansować białe modelki. Na szczęście się udało;-)



Książce zawdzięczam coś jeszcze. Dzięki podanemu w niej przepisowi na sałatkę z masłem orzechowym, mam w swoim repertuarze kucharskim jedną wyśmienitą i bardzo oryginalną przystawkę - oryginalną do tego stopnia, że robiąc ją po raz pierwszy (z minimalnej ilości składników, żeby w razie czego nie za dużo się zmarnowało) sam nie dowierzałem, że wyjdzie z tego coś jadalnego.
A na deser dobra kawa;-)

"I hope you're safe tonight"



wtorek, stycznia 12, 2010

Lady McQueen concept


When we are thinking about music industry nowadays, music is probably one of these things which have a place at the end of the list what matters. There are so many other things involved which come to our minds before the music like for example all that "around promotion" stuff, money, people, people getting money from people giving money, who with whom by who announcements etc. And I'm not judging it, just stating the fact - that's the way it is and being aware of that is kinda necessary to exist in the industry. Among all these "before the music" things there are also video clips made generally to illustrate the music but practically to attract our attention in additional and probably more powerful way (especially in "not so good music" cases). It has to be said that the great video clips era has gone with the wind - of course there is still strong need to have video clip for the song and the quality of it is important but the concept not so much anymore - if you don't believe me switch on any of the popular TV music channels to see how similar one to each other they are. Fortunately someone has changed a little this annoying trend lately. Speaking of changing the trends in music industry (don't mix it up with changing the trends in music - they are perfectly fine and seem to be unchangeable;-) there is only one name at the moment - Lady Gaga. Her clips remind me the past era I've mentioned. Their quality is unquestionable but what is much more important the strong concept is there and thanks for that. Of course as always you can grumble about the idea but you should appreciate it anyway. I can even tell you that for me Lady Gaga's music doesn't exists without the clips - I've tried to have few of her songs on my iPod shuffle but it didn't work out actually;-) On the other hand whenever I see her video clip on TV screen I "shi shu" everybody around and watch with embarrassing pleasure. Maybe another reason which definitely works for me is that her clips give us rather rare opportunity to see some high fashion pieces apart from the runway and fashion shots. This is for sure the Bad romance video clip case. The clip is no doubt the great tribute to Alexander McQueen. Lady Gaga is wearing in it probably the most unwearable pair of high-heels in history and some other pieces from the latest designer's collection which unlikely might be seen at the streets (except the situation Lady Gaga will decide to wear them casually) - for more details look here.
What is also interesting concerning problems with having a concept, Alexander McQueen has always been that kind of designer who has the concept behind the fashion show - the latest one wasn't an exception - read here. Maybe that's why Lady Gaga decided to choose for the clip so many pieces from him only, considering the fact that she might ask whoever she wanted being contemporary style and fashion icon.
Good job anyway and I hope that the next video clip (which I'm looking forward to see) will be even more "conceptual" (sic!).


Don't want to promote Lady Gaga too much (she is so well promoted already) instead of one of her songs I'm enclosing the song being performed by another gay icon - Grace Jones;-) Enjoy!

sobota, stycznia 09, 2010

tribute to Isabelle i nie tylko



Ekranizacja którejkolwiek z książek Elfriede Jelinek wydaje się zadaniem tak karkołomnym, że właściwie niewykonalnym - zresztą po co ekranizować coś, co funkcjonuje całkowicie na poziomie języka a nie obrazu. Zabrał się do tego Michael Haneke (chyba jedyny reżyser, który miał szanse jakoś się z tego zadania wywiązać) przy czym od razu wypada zaznaczyć, że
jego film Pianistka należy traktować jednak nie do końca jak ekranizację książki Jelinek, ale osobne dzieło, którym jest w istocie.
To, co książce daje język (czyli rytm, napięcie, skomplikowanie...), w filmie zawdzięczamy muzyce i aktorce Isabelle Huppert. W scenie egzaminu Waltera Klemmera, kiedy słuchając jego gry, patrzymy na twarz tytułowej bohaterki, pozornie nieruchomą a jednak wyrażającą wszystkie przeżywane w tym momencie przez nią emocje, jest to doskonale widoczne. Bez wątpienia to wybitna kreacja aktorki, doceniona zresztą przez krytyków, dzięki której ja sam zacząłem interesować się jej dokonaniami. A są one imponujące.
Gorąco polecam ten film osobom, które nie miały jeszcze okazji go obejrzeć, tym bardziej że nadarza się ku temu niepowtarzalna okazja:

Moralna prowokacja: Michael Haneke w KinoLab

Jak już jesteśmy przy nadarzających się okazjach to zdecydowanie warto wybrać się do Teatru Dramatycznego na spektakl Śmierć i dziewczyna oparty na tekstach dramatów Elfriede Jelinek - coś zupełnie wyjątkowego na warszawskiej scenie teatralnej.

poniedziałek, grudnia 28, 2009

zagadka


Dziesięć bałwanków

Stało w jednym lesie,
Ni mniej, ni więcej
Tylko właśnie dziesięć.

Jeden się drapał
Do dziupli na drzewie
I tak się zdrapał,
Że zostało dziewięć.

Dziewięć bałwanków
Stało na polanie
Dokładnie dziewięć,
Bałwan przy bałwanie.

Lecz jeden poczuł,
Że go kręci w nosie.
Jak zaczął kichać,
To zostało 8

Osiem bałwanów
Stało w dalszym ciągu,
Lecz jeden bał się
Mrozu i przeciągów.

Więc włożył kożuch
I okrył się pledem,
Jak go odkryli,
To już było 7

Z siedmiu bałwanków
Jeden zaraz orzekł,
Że się poślizgać
Warto na jeziorze.

Lecz ledwie zdążył
Na jezioro wleźć,
Wpadł w taki poślizg,
Że zostało 6

Tych sześć bałwanków
Stałoby do teraz,
Lecz jeden bałwan
Zaczął się rozbierać.

Chciał się ochłodzić,
Miał na kąpiel chęć –
Jak się rozebrał,
To zostało 5

Z pięciu bałwanków
Jeden zaraz ubył,
Bo go ciekawość
Przywiodła do zguby.

Nie wiedział, po co
Są kaloryfery,
Jak się dowiedział,
To zostały 4

Cztery bałwany
Stały w dwuszeregu,
Lecz jeden zaczął
Tupać na kolegów.

Tupał i tupał,
Bo był strasznie zły,
I tak się stupał,
Że zostały 3

Te trzy bałwanki
Długo nie postały,
Bo jeden bałwan
Znał śmieszne kawały.

Z własnych dowcipów
Śmiał się:
Cha! Cha! Cha!
I pękł ze śmiechu,
I zostały 2

A jak została
Tych bałwanów dwójka,
To się zaczęła
Między nimi bójka...

Dziesięć bałwanków
Było na polanie.
Ile zostało?
Oto jest pytanie!

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...