wtorek, kwietnia 07, 2009

Kratka


Są kratki i kratki. Kratka na tych butach Manolo Blahnika należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii;-)

niedziela, kwietnia 05, 2009

Body language


DYGRESJA
Chyba mamy wiosnę i to od razu w takiej zaawansowanej postaci - nie wiem jak ja to wytłumaczę mojemu trenczowi, który wisząc cierpliwie w szafie, ewidentnie nie mógł się doczekać swojej pory roku, a tymczasem wszystko wskazuje na to, że będzie musiał poczekać jeszcze trochę - być może aż do jesieni.
Tak czy inaczej zmiana pogody zmusza nas do przeorganizowania szafy - jesienno-zimowe ubrania i dodatki można powoli upychać głębiej, pozwalając na pierwszy plan wyjść spragnionym świeżego powietrza wiosenno-letnim elementom garderoby. Bardzo szybko okazuje się, że w naszej szafie znajdują się rzeczy, które z różnych powodów "nie przetrwały" tej zimy. To przykre, ale niestety tak się dzieje. Nasza szafa wita wiosnę raportując nam swój stan, w którym widoczne są ubytki i braki. W trosce o dobre samopoczucie naszej szafy ubytki należy uzupełnić a braki - wypełnić. Nie ma rady - trzeba iść na zakupy;-)
KONIEC DYGRESJI

Już bardzo dawno, dawno temu zamierzałem napisać o męskiej kolekcji Alexandra McQueena na tę wiosnę - swego czasu zostałem nawet do tego sprowokowany pewnym komentarzem na blogu;-)
Wreszcie się zebrałem, ale muszę przyznać że nie jest to łatwe zadanie. Istniej obawa (moja), że próba zanalizowania fenomenu tej kolekcji, odsunie uwagę od jej niezwykłej urody, która jest tu (dla mnie) najważniejsza. Pomimo tej obawy spróbuję.

Ciało, jego anatomia, architektura, wyrafinowana geometria, były tu zdecydowanie wiodącą inspiracją. Uszycie ciucha, który będzie w zgodzie z kształtem ludzkiego ciała, wymaga bardzo przemyślanego krawiectwa najwyższej próby. I właśnie z tym mamy tutaj do czynienia. Wszystkie aspekty tej kolekcji (dobór kolorów i materiałów, a także fasonów) podporządkowane zostały idei oddawania hołdu ludzkiemu ciału. Efekt jest "powalający". Co ważne, genialność większości konceptów nie jest genialnością przytłaczającą obserwatora. Wysiłek włożony w stworzenie tej kolekcji jest niewyczuwalny na pierwszy rzut oka - dobrze uszyte, dopasowane rzeczy, ot co. Dzieje się tak dlatego, że dla projektanta dużo ważniejsza od przedstawienia studium ludzkiego ciała jest uroda jego projektów. Jak dla mnie McQueen w najwyższej formie. Tak trzymać.

Poniżej trzy wybrane zdjęcia z pokazu kolekcji a link do wszystkich tutaj.




czwartek, marca 26, 2009

Rule, Britannia!




Na te buty Paula Smitha trafiłem nieco przez przypadek. Proste, z ładnie wyprofilowanymi noskami, na zgrabnym obcasie - wykonane są z wszelkimi prawidłami sztuki obuwniczej. O ich wyjątkowości przesądza deseń, którym zostały pokryte i to w taki sposób że lewy but różni się wyraźnie od prawego, co daje genialny efekt. Deseń ten jest znakiem firmowym marki Paul Smith i pokrywa się nim właściwie wszystkie jej produkty: od bielizny, przez koszule i krawaty, torby, portfele, paski, rękawiczki, czapki, szaliki aż po spinki do mankietów (no i oczywiście jak widzimy także buty). Tak przy okazji to jestem wielkim zwolennikiem koncepcji nadawania wyjątkowości rzeczom prostym w formie poprzez pokrywanie ich ciekawym deseniem.
Te buty sprowokowały mnie jeszcze do pewnej refleksji. Paul Smith miał w swej karierze lepsze i gorsze momenty, ale nie da się zaprzeczyć, że to głównie dzięki niemu z powodzeniem funkcjonuje dziś w modzie termin "brytyjskość". W wydaniu Paula Smitha mówi się dodatkowo o czymś takim jak "quirky britishness". Nikt bowiem tak jak on nie potrafi z takim wyczuciem, humorem i autoironią potraktować tradycyjnych (często kultowych) elementów stroju Wyspiarzy, oddając tym samym wielkie zasługi nie tylko swojej ojczyźnie, ale również całemu modowemu przemysłowi.
Poza wszystkim Paul Smith to taki rasowy Brytol z klasą, co zawsze budziło mój najgłębszy szacunek.

sobota, marca 21, 2009

ruuuudy, rudy, rudy, rudy ... róż, jaka piękna sztuka;-)


Czerwony z różowym już przerabialiśmy - czas na coś "ostrzejszego".






Nie ukrywam, że mam słabość do kolorów, szczególnie tych wyrazistych, zdecydowanych, mocnych i dlatego właśnie chociaż potrafię docenić i ogromnie szanuję umiejętność stworzenia stylowego wyglądu bez użycia kolorów (chodzi mi tutaj o taki zabieg, polegający na eksponowaniu kształtu, formy i samego materiału przy jednoczesnej świadomej rezygnacji z mocnych akcentów kolorystycznych na rzecz stonowanych, bezpiecznych barw lub tylko jednej takiej barwy - osiągnięty w ten sposób efekt uważam wręcz za możliwie najbardziej wyrafinowany), to jednak kolor zawsze działa na mnie najsilniej. I właśnie z takim silnym oddziaływaniem mamy tutaj do czynienia. Genialna kolorystyczna kombinacja, obok której nie można przejść obojętnie. Jest coś niesamowitego (coś, w co naprawdę trudno uwierzyć) w tym, jak te dwa kolory współpracują, skupiając na sobie prawie całą naszą uwagę, której ledwie starcza dla kontemplacji pozostałych aspektów ubioru. A warto zauważyć, że "architektonicznie" te trzy propozycje są bardzo ciekawe i jednocześnie diametralnie różne. Koktajlowa, dopasowana sukienka z subtelnym drapowaniem w talii, prosta, luźna, pozbawiona ramion suknia w stylu nocnej koszuli i wreszcie bufiaste spodnie 3/4 to rzeczy z całkowicie różnych bajek. Mimo to w każdej z tych bajek zaproponowana kombinacja kolorystyczna funkcjonuje bez zarzutu. Całość "zaostrzają" wyśmienicie dobrane dodatki lub ich błyskotliwie świadomy brak w przypadku Tildy. Wielkie uznanie dla wszystkich trzech stylizacji ze wskazaniem na tę ostatnią.


Na zdjęciach rudowłose kobiety o niepowtarzalnej urodzie: Marcia Anne Cross (aktorka, pełnokrwista Bree van De Kamp Hodge z "Desperate Housewives"), Tilda Swinton (wiadomo) i Coco Rocha (topmodelka, rudowłosa od niedawna - zdjęcie pochodzi z bloga The Sartorialist i to właśnie ono zainspirowało mnie do stworzenia tego posta).

Na koniec dodam jeszcze, że jestem zdania (a zawdzięczam je miedzy innymi kolorystycznym eksperymentom, od których nie stronią panie z pierwszych dwóch zdjęć), że do rudych włosów pasuje właściwie każdy kolor (często to "pasowanie" bywa zaskakujące, przez co wrażenie jest silniejsze, ale o to właśnie chodzi). Naturalne rude włosy są w związku z tym prawdziwym błogosławieństwem (w przypadku panów również).

czwartek, marca 12, 2009

Won't you dance with me in my world of fantasy???


Yes, yes, yes... now and ever.

It's never easy to create something purely pretty being well-known as someone who keeps trying to be part of
avantgarde. But as we can see it is possible indeed and it has great value meaning that you are comprehensively talented. Nicolas Ghesquiere did that trick not for the first time in his career but for the first time the prettiness of his projects is such obvious (at least for me) - they are pretty and wearable but (as always) with a little twist (like for instance in those amazingly draped skirts which come down becoming pants). I love the whole concept of this collection which is very sophisticated tribute to Yves Saint Laurent.

There is more about collection here (as usually).

Iwonka, recently you've asked me to find for you a nice suit (jacket plus trousers) - the last pic is my first proposition;-)
Efcia, thanks for the track.



piątek, marca 06, 2009

To nie miał być blog o modzie, tylko tak jakoś wyszło...

Proza Elfriede Jelinek to zdecydowanie jedna z lepszych rzeczy, jakie mi się w życiu przytrafiły (za co jestem dozgonnie wdzięczny ludziom przyznającym Nagrodę Nobla, bez których prawdopodobnie to "przytrafienie" nie byłoby możliwe) - to coś, co estetycznie i światopoglądowo jakoś bardzo mi odpowiada. Jest to literatura , która silnie porusza, dając tym samym ogromną satysfakcję z włożonego w lekturę (niemałego) wysiłku (bo nie ukrywam, że "kondycja" przy czytaniu Jelinek odgrywa istotną rolę - sam miewałem z nią problemy).
Długo zastanawiałem się nad tym, czy jestem w stanie, a później jeszcze dłużej nad tym, czy mi wypada napisać coś więcej na temat tej literatury (próbując jakoś zanalizować źródło mojej ewidentnej już teraz fascynacji). W końcu jestem czytelnikiem niewykształconym a nawet raczej słabo oczytanym. Ostatecznie postanowiłem, że spróbuję.
Jelinek mówiąc o rzeczach, sprawach, zdarzeniach, ludziach, o których się nie mówi (a tym samym kwestionuje się ich istnienie), używa języka, który wydaje się być dla opisu tych rzeczy, spraw, zdarzeń, ludzi, zaskakująco naturalny (zaskakująco, bo skoro o czymś się nie mówi, to dla tego czegoś brakuje jakiegokolwiek języka). Jednocześnie potrafi czytelnika obrzucić już nawet nie tylko błotem, ale również najprawdziwszym gównem lub zwyczajnie obrzygać. Po co? Bo trzeba się potem umyć, a nawet wyszorować, wyszczotkować, z niespotykaną na co dzień determinacją, starannością i precyzją - zajrzeć głęboko pod paznokcie, dotrzeć do skóry głowy, czasem pod napletek, próbując się domyć. Próbując jedynie, bo chyba całkowita likwidacja brudu jest niemożliwa (sam smród pozostaje już na zawsze). To literatura, która uświadamia, zwraca uwagę na skalę "zabrudzenia" i (być może, sama pisarka w to nie wierzy) mobilizuje do większej dbałości o "higienę". Piszę o tym właściwie tylko dla porządku, odpowiadając na niezadane jeszcze pytanie, na co komu taka literatura (literatura, która w tak brutalny sposób obchodzi się z czytelnikiem). Mnie bowiem osobiście fascynuje tutaj sam język - skomponowany z prawdziwie wirtuozowskim wyczuciem, bo Jelinek jest moim zdaniem wirtuozem języka. Władając nim biegle, potrafi go właśnie komponować (w odróżnieniu od innych, którzy też podobno władają nim biegle i dzięki temu potrafią nim zaledwie żonglować). Te książki to współczesne utwory instrumentalne na ogromną orkiestrę, napisane z prawdziwym rozmachem, ale i z tak ważną w muzyce dyscypliną, cudownie drażniące wszystkie zmysły.

Chyba jedyny wywiad udzielony przez Jelinek polskiej prasie


Dokumentalna etiuda o Jelinek

Choć wygląd pisarki jest tu kwestią całkowicie drugorzędną, to jednak wypada mi się przyznać, że jestem pod dużym wrażeniem wyrazistej stylowości tego wyglądu - niech zaświadczą o tym poniżej zamieszczone zdjęcia.





poniedziałek, lutego 23, 2009

Jacobs i mój fashion statement

A oto kropka nad "i" jeśli chodzi o łączenie czerwonego z różowym:


Skoro Marc Jacobs łączy czerwony z różowym, to znaczy, że jest to połączenie doskonałe. Mając tę pewność, na ostatnią niedzielną imprezę rodzinną bez chwili zawahania przywdziałem lnianą różową koszulę (suwenir z Mediolanu - w Polsce męska koszula w takim kolorze jest chyba nie do dostania) a do niej jedwabny, lekko połyskujący czerwony krawat w drobny biały groszek. Taki mój prywatny, skromny "fashion statement";-)


Zdjęcie pochodzi z najnowszej kolekcji Marca Jacobsa na jesień/zimę 2009/2010. Kolekcji, która podobnie jak kilka poprzednich utwierdza mnie w już dość silnym przekonaniu, że Jacobs jest obecnie jednym z czołowych projektantów mody. Zobaczcie i posłuchajcie sami:



Slideshow całej kolekcji

niedziela, lutego 22, 2009

Sobotnie pranie bielizny


Niezły ze mnie kolorysta, co nie?

wtorek, lutego 10, 2009

turandot, turandota, turandotem

Mój stosunek do opery jest właściwie niesprecyzowany i raczej ambiwalentny. Znajomość zacząłem dość późno i chyba niefortunnie - na studiach poszedłem na Straszny Dwór Moniuszki - jakieś takie przaśne to było. Ale już wtedy bardzo spodobał mi się sam konwenans związany z wyjściem do opery. Całe to "brush your shoes, polish your hair" stało się nieodzownym i bardzo istotnym dla mnie elementem moich późniejszych wyjść. Poza tym - wstyd się przyznać - niesamowicie pociągająca w operze jest dla mnie niespotykana nigdzie indziej możliwość posmakowania kiczu, i to takiego w najlepszym, rzekłbym rasowym bo pretensjonalnym, egzaltowanym i koturnowym, wydaniu. Takiego właśnie kiczu wręcz oczekuje się od tych spektakli i bardzo dobrze, że są one okazją do tego, by mógł on zafunkcjonować w kontrolowany sposób.
Na muzyce nie znam się na tyle, by móc ją oceniać - po prostu jedne rzeczy mnie "chwytają" a inne nie.
Od samego początku mojej fascynacji operą stało się dla mnie całkowicie jasne, że żadna inna forma spektaklu nie daje tak nieograniczonych możliwości inscenizacyjnych - można sobie poszaleć i to bardzo, głównie za sprawą wpisanej w samą koncepcję opery (wspomnianej już) pretensjonalności i koturnowości, ale też dzięki temu, co jest zazwyczaj fabułą opery (a są to historie nie z tej ziemi;-)
Tym bardziej zawsze dziwiła mnie nieumiejętność czy wręcz nieudolność w wykorzystaniu tych nieograniczonych możliwości przez twórców opery (przynajmniej tej warszawskiej).
W totalne zdumienie wprawiły mnie na przykład kostiumy do wystawianej na deskach Opery Warszawskiej Turandot Pucciniego (muzyka chwyta mnie bardzo). Tytułową bohaterką jest chińska księżniczka żyjąca w czasach świetność chińskiego imperium, na dodatek wyjątkowo okrutna (przynajmniej na początku, zanim nie złagodnieje pod wpływem oczywiście miłości). Okrutną chińską księżniczkę, która nie musi się zbyt dużo ruszać po scenie, i która ma prawo wyglądać kiczowato, można ubrać w coś, co się John'owi Galliano nie śniło i tego właśnie oczekuję po tej operze. Tymczasem zobaczyłem kilka sukienek klasy studniówkowej i byłem bardzo rozczarowany. Może to jednak wcale nie takie proste stworzyć kostium kierując się jedynie brakiem ograniczeń. Poniżej zamieszczam małą podpowiedź dla kostiumologów;-)



Muzyka z tej opery naprawdę chwyta - check this out:

outstanding performance #1

outstanding performance #2

niedziela, lutego 08, 2009

There's a place on the planet...

Dawno nie było już żadnego buta i dawno nie było już nic, zatem postanowiłem za jednym zamachem nadrobić obydwie te zaległości.

Jeśli we współczesnej modzie istnieje coś takiego jak awangarda, to osobiście o bycie jej dowódcą posądzałbym Nicolasa Ghesquière - głównego projektanta domu mody Balenciaga. Niesamowicie intrygujące jest dla mnie to, w jak łatwy sposób jego nawet najbardziej awangardowe pomysły, bardzo szybko i dość masowo (biorąc pod uwagę ceny) zyskują akceptację i zaczynają z powodzeniem funkcjonować na ulicach - okazuje się, że wbrew pozorom jest dla nich miejsce (tu i teraz). Butom zaprojektowanym przez tego Pana można by z powodzeniem poświęcić oddzielnego bloga i może nawet rozważę poważnie ten pomysł. O bucie, którego dwa zdjęcia ("on the catwalk" i "on the street") zamieściłem poniżej, mówiło i pisało się wszędzie. Pochodzący z kolekcji na jesień/zimę 2007/2008 sandał (sic!), na prostej, wysokiej, kwadratowej szpilce, budzący wyraźne skojarzenia ze sprzętem narciarsko-łyżwiarskim i przywołujący na myśl nieśmiertelne klocki lego, znakomicie prezentował się w każdej gazecie czy portalu na dowolny temat i był bardzo łatwym obiektem niewybrednych kpin, żartów i prostackiej krytyki - dzięki temu o bucie słyszeli niemal wszyscy. A but ten jest, zarówno w samym pomyśle jak i jego wykonani, po prostu genialny - poza tym że niezaprzeczalnie wywołuje efekt WOW! to dostrzegam w nim jakąś niewymuszoną i pozbawiona arogancji elegancję (arogancji, której pełne są klasyczne sandały na szpilce tej wysokości). Przy okazji muszę wspomnieć o tym, jak bardzo przemawia do mnie pomysł wdziewania na kobiece nogi zimową pora sandałów na grube rajstopy;-)
Na uwagę zasługuje również połączenie tego rodzaju butów z konwencjonalnie wymyśloną i skrojoną resztą - w szczególności: dopasowana marynarka (coś wspaniałego), do niej owinięty ściśle wokół szyi szal (bądź chusta) i rewelacyjne, długie, wąskie (ciekawie poszerzone na wysokości kieszeni) spodnie - patrz ostatnie zdjęcie. W ten sposób projektant od razu bardzo sprytnie podpowiada, że taki but pasuje praktycznie do szafy każdej kobiety. Wystarczy się tylko na niego odważyć no i mieć kartę kredytową z odpowiednio dużym limitem;-)






Całą kolekcje można obejrzeć sobie tutaj

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...